Hej kryzysowe i niekryzysowe laski,
Dziecko dużo zmienia, też zauważyłam. Tak bardzo byłam przejęta rolą mamy, że jakoś nie widziałam tego, żę Leszek jest tatą i oczekiwałam od niego zachowań takich jak moje - np. noszenie na rękach bo dziecko marudzi. Ja nosiłam, po kilku minutach padałam, bo plecy mam okropne i chciałam, żeby mnie zastąpił. No ale on nie widział w tym sensu, no to foch. Przeszło juz mi to jak zrozumiałam kilka rzeczy:
dziecko będzie marudzić, nic innego nie umie, wyrośnie z tego - moje już wyrasta
jak dziecko ma sucho, jest najedzone, jest bezpieczne, jest na rękach u mamy czy taty - nie trzeba z nim chodzic, lulać go, uspokoi się samo, trzeba dać mu czas i być cierpliwym. Ja się denerwowałam, lulałam, chodziłam - padałam na nos, dziecko czuło moje zdenerwowanie i darło się coraz bardziej. Leszek trzymał spokojnie blisko siebie i darło się coraz mniej, aż całkiem się uspakajało. Ale weź wytrzymaj bez ruchu to jak płacze - było cięzko się nauczyć.
Nikt nie da mi medalu za to, że nie wykapię się przez tydzień, nie zjem jak człowiek, zapuszczę mieszkanie, oleję swojego faceta bo mam dziecko. Medale dostanę (od siebie samej) jak będę miała dziecko i nie zapomnę o swoich potrzebach, zwłaszcza tych podstawowoych. Dziecku można włączyć karuzelę, albo po prostu pozwolić się wypłakać. Wbrew pozorom to mu pomoże, bo nauczy się, że zostając same sobie ma się wyciszyć - i się wycisza, po któryms tam razie, też nie zawsze - ale próbuję - czasami działa.
Dopiero jak to zrozumiałam to przestałam mieć jakieś żale do Leszka, że nie zaharowuje się tak jak ja opiekując się dzieckiem, tylko bierze go na kanapę i ogląda tv, a nie biega, skacze, tańczy, lula, cyca daje i co tam tylko jeszcze można, byleby nie dopuścić do sytuacji, w której dziecko zapłacze. Miałam tak, że jak leszek brał małego to ja zamiast iść spać czy się kapać, czy obejrzeć coś - to wisiałam nad nimi sprawdzając minę młodego co chwilę, albo brałam się za gary, sprzatanie, pranie... Teraz robię coś dla siebie, czyli najczęściej po prostu nic - odpoczywam. A Leszek umie pozmywać, poodkurzać, podłogi pomyć, pranie zrobić, powiesić, pozbierać... Musze mu tylko dac szansę i uwierzyć, że zrobi to równie dobrze jak ja (guzik prawda, ja robię to lepiej, ale czy to sa jakieś mistrzostwa??).
A naprawdę - pierwszy miesiąc miałam koszmarny - mimo tego, że mały spał całe noce chodziłam jak zombi - skądś mi się wzięło przekonanie, że MUSZĘ być matką polką ideealną, do tego perfekcyjną panią domu za to zupełnie nie muszę dbac o własny związek. Jak wyrównałam priorytety to jest super i Leszek chętnie się garnie do różnych rzeczy w domu, bo nie boi się juz moich krytycznych spojrzeń czy pytań kolejny juz raz, jakiej szmaty uzył do podłogi (raz umył panele Sidoluksem ścierką z mikrofibry do mycia okien). Potrafimy teraz siedzieć na kanapie, mały z nami popłakuje sobie, a my po prostu spokojnie sobie rozmawiamy, tulimy potomka i on się szybko uspokaja - serio, duzo gorzej było jak ja z nim skakałam robiąc jednocześnie wyrzuty Leszkowi, że on nie skacze z nami...
Dziecko dużo zmienia, widzę to. Ja poleciałam ze swoim rodzicielstwem w kosmos i dopiero teraz zorbitowałam gdzies bliżej ziemii, natomiast Leszek mi obiecał, że zawsze jak poprosze by uspokoił małego, bo nie będę mogła jednak słuchac jak płacze to to zrobi - i robi. Najśmieszniejsze jest to, że mały sam się zmienił - mało płacze, polubił smoczka, dorósł po prostu
