z powodu mojej wczorajszej nieobecności pozwolę sobie jeszcze napisać krótko o moim porodzie.
miałam termin na 8 marca (tak jak teraz), ale kompletnie nic się nie działo, skurczy brak, odejścia wód brak, no i 15 marca zgłosiłam się do gina po skierowanie już do szpitala. leżałam i leżałam, aż 19 marca wprowadzili mi cewnik Folleya na rozwarcie szyjki. zaczął działać, bo miałam skurcze dosyć mocne, ale po kilku godzinach się uspokoiły. nikt mnie nawet nie zbadał, bo skoro cewnik nie wypadł (ogromny balonik), to znaczy, że rozwarcia nie ma. noc przespałam spokojnie. rano wezwało mnie WC, ciach .. balonik na podłodze. lecę do zabiegowego na badanie, już 6 cm rozwarcia. mąż był już na oddziale. no i na porodówkę. podali oxy kroplówką i jeszcze antybiotyk, bo miałam bakterie. oxy zadziałała, bóle okropne, z brzucha, z krzyża, skąd się da. no i znowu cisza. ustąpiły .. jak tak dalej pójdzie, to dzisiaj nie urodzę - straszyli. a nagle siuuu.. pełno krwi. brzuch zaczął się na maksa stawiać, taki naprężony, że nie dało się palcem dotknąć. łożysko się odklejało i od razu na CC. mąż dał ile i komu trzeba i był ze mną przy CC. znieczulenie szybko, cięcie szybko, zaraz płacz Lilki, 4010 g i 61 cm, lekarz z entuzjazmem orzekł, ze przy naturalnym popękałabym na wszystkie strony, przy takim dziecku. potem znowu krwotok, ja już zaczęłam słabnąć, a lekarz normalnie przeklinał stojąc nade mną.. i tylko "ku*** mać!" co chwilę. czułam jak po rękach krew.. no, już bez szczegółów. szyli mnie długo, bardzo długo, ale ja już miałam Lilkę przy buzi, więc było cudownie. potem 2-3 godziny na pooperacyjnej i wieczorem znalazłam się na oddziale. współtowarzyszka już leżała, też po cesarce. a w nocy już koszmar .... pielęgniarki to takie france, że przy wypisie napisałam normalnie skargę. dziecko będzie płakać całą noc, a nie przyjdzie żadna. dopiero przyszła do nas pielęgniarka od matek (nie od dzieci!!). ale to płakało dziecko koleżanki, bo moje to całą noc się dławiło i krztusiło tymi wodami płodowymi, których się jeszcze nie pozbyła. to jest właśnie przewaga SN nad CC, tam dziecko przeciskając się przez kanał automatycznie wypluwa z siebie wody. rano pionizacja, przyszli rehabilitantki, powiedziały, że trzeba najpierw spuscić nogi, potem unieść się na ręce i wstać. "szybko, szybko"

okej, poczekam na męża .... przyszedł Sylwek i powoli wstałam, a jak już wstałam to było dobrze, dałam rade. miałam motywację taką, że jeśli sama nie będę wstawać, to żadna pielęgniarka do nas i tak nie zajrzy, więc im szybciej się rozchodzę, tym lepiej dla nas obu.
teraz przy bliźniakach, pewnie, że bym chciała SN, ale jeśli się ułożą oboje główkowo, a z tym to różnie ;-)
edit: po doświadczeniach w tym szpitalu, ciężko mi uwierzyć, że są takie, gdzie zabieraja dziecko matkom po cesarce, by te mogły odpocząć. ale jak Was czytam, to chyba jednak jest to możliwe ;-)
i jeszcze co do blizny: niewidoczna, bo pod bielizną. ale smarowałam ją maścią Cepan, zbladła i mała różnica między nią a skórą obok.