Ja jestem masochistką, bo ja świadomie nie chciałam znieczulenia
Nie do końca się zgadzam z tym, że poród "na żywca" to jest to samo, co szycie na żywca czy wyrywanie zęba czy operacja.
Bo te wszystkie skurcze to są pewne sygnały. Jeśli je czuję, to wiem, co się dzieje. Czuję parte, wiem, kiedy przeć, jest mi łatwiej.
No ale to kwestia indywidualna - zgadzam się, że powinno się mieć wybór, czy chce się ten ból czuć, czy nie.
Secreto, nie czytaj tyle

Ile ludzi, tyle opinii.
Ja Ci powiem tak:
Raz rodziłam nacięta, raz bez. Oczywiście komfort przy braku nacięcia jest nieporównywalny! I nie ma o czym gadać. Ale ja rodząc Anielę wiedziałam, że dam radę ją urodzić. Po prostu czułam, że da radę wyjść.
Franka wypierałam 20 minut. W sumie niedługo, ale pod koniec skóra piekła mnie tak okropnie, że byłam pewna, że pęknę. I cieszę się, że zostałam nacięta, a nie pękłam niekontrolowanie. Bo nie nacięli mnie rutynowo zaraz na początku, ale na ostatnim skurczu - zaraz potem urodziłam. Miałam malutko szwów i też dość szybko doszłam do siebie. Teraz to tego cięcia nawet nie potrafię zlokalizować.