Witam...
Ja tydzień temu przeżyłam mierć mojego dzidziusia...
Zaczęło się od plamienia. Nie przejełam się zbytnio, bo była to moja druga ciąża, w pierwszej też miałam plamienia, ale skończyło się na duphastonie. Zadzwoniłam jadnak do mojego ginekologa - kazał przyjechać do gabinetu, zbadał mnie i... na USG pokazał bezwładnie leżącego mojego dzidziusia, serduszko nie biło, wielkość wskazywała na to, że nie żyje już od około 10 dni... To było straszne... Lekaż sam chciał wykonać zabieg "czyszczenia" i kazał przyjechać do szpitala na drugi dziń ok 8 rano. Niestety o 5 obudził mnie ból brzucha, po ok pół godzinie... wylała się ze mnie duża ilość krwi. Obudziłam męża i pojechalismy do szpitala... Niestety trafilismy na koniec zmiany nocnej i wszyscy byli strasznie niezadowoleni, że nie przyjechałam tak jak sie powinno na 8-9. Dopiero gdy usiadłam na "koźle" okazało się że "dobrze że tak szybko przyjechałam". Organizm zaczą sam pozbywać się martwego płodu... Potem narkoza i juz nic nie pamiętam..
Najgorsze w tym wszystkim jest to uczucie, że dzidzius umarł we mnie, że nieświadoma nosiłam w sobie martwe dzidzi...
Mam wspaniałego męża... powiedział, że to była najlepsza śmierć dla dzidziusia, bo był bardzo blisko swojej kochanej mamusi...
Mam jedno pytanie... na ile możliwe jest określenie przyczyny śmierci dzidziusia. Wyniki badania host-patologicznego bedę znała za tydzień, ale co mogą wykazać? Czy na przykład stres mógł być przyczyną tego wzystkiego, albo fakt, że mąż był przeziębiony gdy staraliśmy się o dzidzię, czy te badania mogą to pokazać, czy tylko ogólnie; infekcja, wirus, genetyka...?