Agulka jak ja Ci współczuje..wobec tego mój poród to przy Twoim Pikuś....
Ja zanim opiszę poród to kilka słow wstępu

W sobotę poszalałam. Zaczynałam miec deprechę, przez to, że lekarz mi ciągle mówił że poród pewnie w ciągu kilka dni a tu ciągle nic. Kazdy kto widział jak mam nisko brzuch to mówił, że za długo już nie pochodzę a ja z tym brzuchem jak łaziłam tak łaziłam.. W sobotę na kolanach wyszorowałam łazienkę, 2 h stałam przy prasowaniu zasłon a na wieczór jeszcze pojechałam wyszorować nagrobek babci (i tu akurat milion znajomych z tekstem: długo tak jeszcze będziesz łazić?). Wieczorem padłam i spało nam się z mężulem do 11

Po czym go obudziłam z wizją tarzana bo mówię: stary albo tarzan albo deprecha (M już wie co to tarzan). Póżniej M do kuchni wstawiać rosołek a ja pod prysznic i tak jakoś mi dziwnawo, nie skurcze ale jakieś takie ciągnięcie. Zanim wyszłam spod prysznica pierwszy skurcz, przy wycieraniu drugi. Pomyślałam, że znając już zagrywki Młodego to znowu sobie jaja robi z matki. Położyłam się przed tv, ale skurcze co 4 minuty juz 40 minut. Córce kazałam iśc po tatę i że ma się ubierać a ja znowu do łazienki bo czyszczenie. Pomyslałam najwyzej znowu na patologii wyląduję jak te skurcze ustaną ale jedziemy. Było po 12.
Podłaczyli mnie pod ktg skurcze co 4 minuty, wysokie ostre ale krótkie , puszczały po ok 15 sec, Rozwarcie półtora cm. Przyszedł doktorek i do mnie "oooooo nasza od Milika, znowu psa ganiała po podwórku (pamiętał upadek)?". No to mówię, że tym razem nic nie ganiałam że po Bożemu mnie wzięło i tym razem z tego meczu to już nie chce bez bramki do domu, ma być pełen sukces. No to doktorek zbadał zobaczył że na ktg te skurcze jak w zegarku i powiedział do położej, tu cytat " nie męczyć mi tej pacjentki, zrobic wszystko by dziś urodziła". No to lewatywka, pytanko kto panią tak pieknie ogolił, Mężul dumnie na pół oddziału :"no ja!". i do 15 ktg. MOgłam z nim chodzić, skakać na piłce ale było ciagle podłączone.Znowu badanko rozwarcie 4cm skurcze ciagle co 4 minuty. Doktor kazał jakieś czopki by szyjka się skracała , az 4 musiałam "skomsumowac". Skurcze nadal krótkie. Za godzinke doktor kazał dać mi jakiś zastrzyk, nie znam nazwy, też miał skrócić szyjke i przyspieszyć rozwarcie a że wody były nadal to zostały mi przebite sztucznie. Naprawdę dużo ich miałam, leciały i leciały. Skurcze mimo wszystko nadal co 4 minuty, ja już mokra od potu, wykończona bo silne, ból mi promieniował od kręgosłupa do palców u stóp a rozwarcie postepowało tak,że" w tym tempie to urodzimu rano"- słowa lekarza. I spytał czy chce urodzić do północy. Nie wyobrażałam sobie kto za mnie urodziny rano jak ja z takimi bólami miałabym tyle rodzić. No to powiedziałam żeby robili co muszą by było dziś. No to kazali mi się położyć na łóżku na plecach i mężowi kazali wyjść na moment. Najpierw położna zaparła mi się ręką nad brzuchem ale miała za mało sił, to pomógł jej lekarza, to było tzw wprowadzanie dziecka w kanał..na zywca bez znieczulenia..myślałam,że brzuch mi pęknie....ale nawet nie pisnęłam bo pomyślałam, że M przed salą pomyśli, że mnei zarzynają skoro go wygnali, wytrzymałam. Badanie, jest 6 cm. Męża zawołali. No to oxytocyna. Była 19sta. I się zaczęło, Ból taki jak pamiętam z poprzedniego porodu. Proszę o znieczulenie, oczywiście "za późno" no spę mi dali do kroplówki. Rodzimy na boku. I tu powiem Wam ja chwalę pod niebiosa obecność męża. Zsuwałam się na łóżku od tych skurczy oxytocynowych. Praktycznie pół pleców miałam na łóżku a reszta wisiała na szyji mojego męża. Trzymał mnie dzielnie, a ja nie ważę 50 kg. Parte zaczęły się tez na boku. Pierwszy raz tak rodziłam z nogą do góry i na boku. Małemu zaczęło spadać tętno. zawołali doktora, na cc za pózno jak on już na partych głeboko. To na plecy mnie i tu cuda akrobatyki. Mąż jedną nogę dociskał mi do mojego ramienia ( tzn kolano) druga połozna drugą nogę, ja prawie w szpagacie, nawet nie czułam że mi kości stzrelają, mąż słyszał. Malutki uparty. Chciał się cofnąć mają już czoło na wierzchu. Na sali panika, krzyki, jak to powiedziała nam póżniej połozna "strach już był" bo się zaklinował akurat na wyskości noska. Było tylko "mama musisz wypchnąć" a mi już brakło powietrza, normalnie jakby ktoś tlen odciął, nie wiem skąd jeszcze go wzięłam, chyba ze strachu o Małego. I wylazł

NIestety troszke siniutki i do dzis ma na nosku i policzkach fioletowe siniaczki ale juz coraz słabsze. Nie płakał, Biedny też nie miał sił nawet na to i troszkę go mi później prowokowali do płaczu, więc wydarł się na chwilkę by pokazać że płucka działają i znowu cichutko i taki cichutki jest dotąd

Płacze tylko przy kąpaniu.