Właśnie minął mi 40 minutowy atak płaczu związany z tym, że jedynymi osobami, z którymi rozmawiam jest mój Luby, moja mama i koty. Akurat ten atak płaczu nie był przesadzony. Czuję, że wszyscy się ode mnie poodsuwali. Fakt, że jestem pierwszą osobą wśród znajomych, która "zaciążyła", ale to nie znaczy, że nie ma już ze mną o czym rozmawiać. Beznadziejnie się czuje. Luby nie do końca wie o co mi chodzi. Pociesza, że jutro zabierze mnie gdzieś na obiad. Ale mi nie chodzi o to, że nasz spędzony razem czas jest mało produktywny tylko o to, że chciałabym czasem z kimś porozmawiać, zobaczyć coś poza książkami, obiadem, kotami. To nie jest tak, że on mi nie wystarcza. Eh nie wiem jak to wytłumaczyć... :-(