W Walentynki byłam na wyjeździe z pracy daleko. Rzadko mi się zdarza. Ale akurat nikt inny nie mógł. Moja mama jeszcze jest i dlatego padło na mnie. Synek dostał od nas piękną kartkę z pieskiem (kocha psy) z życzeniami od nas wszystkich i podpisami. Były cupcakes. Kromki w serduszka na śniadanie. A jak go odwiozłam na autobus to wyruszyłam do pracy. Ledwo wróciłam wieczorem mąż mnie zabrał do kina na Aquamana. W aucie dałam mu kartkę z życzeniami. Coś na zasadzie „Roses are red and violets are blue, another baby ...(tu nazwisko) in October is due” [emoji23] do tego napisałam mu imiona dzieci z datami. I dopisałam jeszcze jedną datę 2019 a przy tym napis „loading”. Był w szoku ale bardzo się ucieszył. A dziś zadyma od samego rana. Lekarka dostała moje wyniki i ręki i telefony się nie kończyły. Do mnie. Do męża. Do niego do pracy. A ja akurat zajeta byłam. I nie widziałam jak tyle razy dzwonili. Jak mi nie powiedzieli o co chodzi przez telefon to już wiedziałam, że to nic dobrego. Musiałam się stawić natychmiast. Podejrzewali u mnie ciążę pozamaciczną. Generalnie nie mogli znaleźć zarodka. Jedna pani od usg, potem druga. Dwie lekarki. A następnie ER. Nie pozwolili mi czekać do poniedziałku. Ale z drugiej strony i ja nieco spokojniejsza będę. U mnie jest 5+5 i bardzo ciężko coś dostrzec. Ale jest. Wypuścili mnie w końcu do domu. W tej sytuacji musieliśmy powiedzieć mojej mamie, bo była w domu z dziećmi. Jeszcze do się ie dochodzi. I już się o wszystko martwi. Taką ma naturę. A ja mam wizyty co dwa dni. Max co trzy. Aż do bijącego serduszka. Muszą mnie monitorować. Także w poniedziałek kolejna wizyta. Ale się stresu najadłam.