Kochana Vero!
Opowiem Ci swoją historię, dobrze jest wiedzieć, że nie jest się samemu.
Osiem lat temu wyszłam za mąż, zaraz po ukończeniu licencjatu. Byłam pełna życia, optymiizmu i chciałam "żyć", niechcąco mój mąż sprawił, że zaszłam w ciążę (jest ode mnie starszy o 5 lat, ja miałam wtedy tylko 22 lata). Kiedy usłyszałam tą "przykrą" wtedy dla mnie wiadomość, świat mi legł w gruzach. Mąż wziął mnie na ulicy na ręce i całował a ja płakałam ze wściekłości i rozczarowania. Po jakimś czasie oswoiłam się z tą myślą, pokochalam to dzieciątko i zaczęłam plamić (przy tym bolał mnie kręgosłup w części krzyżowej). Lekarz zbadał mnie i powiedział, że wszystko jest w porządku, a dokładnie jego zdanie brzmiało: "TAK MA BYĆ". A ja wtedy młodziutka i głupia istotka nie wiedziałam, że tak nie ma być. Chodziłam tak tydzień, krwawienie było coraz bardziej obfite aż trafiłam do szpitala (po rozmowie telefonicznej, nieprzyjemnej, z moim ówczesnym lekarzem). W tym szpitalu (on tam pracował), pani ordynator stwierdziła, że sobie ubzdurałam ciążę, że mam torbiele na jajniku i właśnie po 9 tygodniach dostałam okres. Cóż kazała mi jechać do domu i następnego dnia rano przyjechać na usg. Noc spędziłam w okropnych bólach, powtarzających się regularnie, ale wtedy jeszcze nie wydalałam dzidzi. Raniutko udaliśmy się z mężem do szpitala a tam mój lekarz wykonując usg stwierdził, że rzeczywiście nie jestem w ciąży, ale to nic jestem młoda i napewno jeszcze będę. Zapytał czy były sprzepy a ja kolejny raz głupia gąska nie domyśliłam się jego postępowania - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie. Miałam już wtedy okropnie rozwolnienie. Całą drogę do domu płakałam, bo kochałam już to "nieistniejące" dziecko. Poszłam do pracy zgłosić urlop i wracając spotkałam koleżankę, która tydzień po mnie wyszła za mąż i tydzień po mnie zaszła w ciążę. Podczas rozmowy przed moim domem zrobiło mi się słabo, patrzymy a ja od połowy pasa do samej ziemi jestem w krwi (dostałam krwotoku). Cztery godziny spędziłam w domu kiwając się w tył i w przód, wydalając mojegod dzidziusia w postaci wielgachnych skrzepów (wtedy jeszcze tego nie wiedziałam). Jak mąż wrócił z pracy szybciutko wraz z moim kuzynem zabrali mnie do przychodni do "tego" lekarza. Byłam potwornie blada i nie stałam o własnych siłach na nogach. Poczekalnia pełna ludzi, ale przepuścili mnie. Pielęgniarka zbadała mi ciśnienie i zawołała lekarza a on na mój widok powiedział: "To znowu Pani!!!". Bylam przerażona, w gabinecie dodał: "Wiedziałem, że pani jest w ciąży, właśnie pani poroniła". Nie pytając mnie czy jestem z kimś, czy nie wezwać pogotowia, wypisał mi skierowanie do szpitala na łyżeczkowanie. I tak umarło moje maleństwo.
Dodam, że ze szpitala wyszłam w Wigilię Bożego Narodzenia - piękny prezent od Boga.
Miałam depresję, przez pół roku nie odzywałam się z mężem, cód, że nadal jesteśmy ze sobą. Formalne grzecznościowe zwroty i nic więcej, żadnego seksu, nawet pocałunków. Wiem, że byłam okropna, zrobiłam mu awanturę jak znalazłam w jego spodniach adres do lekarki ginekologa (trzy dni nie było go w domu). Na szczęście trwał przy mnie i nigdy nie okazał mi jak bardzo było mu żal tego dzieciątka (od jego siosty wiem, że płakał nad jego losem). Nowa lekarka okazała się códem, nie wycięła mi jajnika (tak chciał zrobić tamten), leczyła mnie 2,5 roku z torbieli i silnej anemii - udało się. W tym czasie zabrałam się za uzupełniające studia magisterskie i broniłam się na początku piątego miesiąca. Ciąża z Wiwi była chuchana i dmuchana, dużo leżałam w domu bo mi lekarka zastrzegła, że jak sama o siebie nie zadbam to ona to zrobi za mnie i nie wyjdę ze szpitala do samego porodu. Nie plamiłam, dzidzia rosła, ale w ósmym miesiącu przeszłam ciężką grypę i prawdopodobnie wtedy obumarło łożysko karmiące moją córeczkę. Wiwi urodziła się poprzez poród wywoływany tydzień przed terminem, gdyż po moich obawach (od miesiąca robił się twardy brzuch, dzidzia chciała wyjść) lekarka zareagowała. Wiwi urodziła się jako dziecko dystroficzne (przybliżenie: nie przystosowana do pobierania pokarmów). Po obfitym jedzonku dopiero po dobie okazało się, że chce jeść a niestety wogóle nie trawi, miała nadęty ogromny brzuszek i niewielkie szanse na przeżycie. Osiwiałam ja, osiwiał mąż. Byliśmy zrozpaczeni, ale po dwóch tygodniach Wiwi zdecydowała, że zostanie z nami. Jak zabieraliśmy ją do domciu tuż przed Wigilią (tym razem cód) lekarz powiedział "myślałem, że w najlepszym przypadku zakończy się to operacją żołądka i jelitek a 60 % noworodków tego nie przeżywa, mieliście szczęście!". Wiwi ma teraz prawie 5 lat i jest rozbrykanym dzieckiem, wszędzie jej pełno. Nie była słodkim dzieciątkiem leżącym w łóżeczku - Wiwi płakała dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale była....
Cóż w styczniu tego roku, gdy zauważyłam, że niedługo skończę 30 lat powiedziałam mężowi, że albo teraz będziemy mieć drugie dziecko albo wcale. Mąż przeraził się i zapytał mnie czy naprawdę tego chcę, bo on ma już swoje szczęście i niegdy nie ośmieliłby prosić mnie o drugie dziecko. Chciałam, po serii badań i testów i oczywiście zgodzie mojej lekarki (po porodzie wykluczała możliwość kolejnej ciąży) jestem w 13 tygodniu ciąży. Narazie wszystko jest ok, ale miałam śluz podbarwiony krwią, nie wiem co mnie jeszcze czeka, codziennie się moglę, żeby urodzić zdrowe dziecko...
Odpowiedź dla Very: dużo kobiet po porodnieniu rodzi zdrowe dzieciątka, nie przejmuj się na zapas. Musisz w tej chwili pozwolić organizmowi odpocząć przynajmniej pół roku.
Pozdrawiam wszystkie dziewczyny, przyszłe mamy i nie tylko.