No to kolej na moja opowiesc :-)
Ja rodzilam baaardzo rodzinnie ;-)
Przez pierwsza faze porodu bylam i z moim Kochaniem i z mama :-)
Wtedy wlasciwie bylo mi obojetne czy sa, czy nie, bo bylo raczej lekko, latwo i przyjemnie. Ale dzieki nim, a wlasciwie rozmowom z nimi te 3 godzinki uplynely mi szybciej. Chybabym sie nudzila strasznie bez nich i to mogloby wprowadzic stres. A tak bylam wyluzowana, zadowolona i z radoscia czekalam na najwazniejsza chile :-)
Po tych 3 godzinkach polozna zadecydowala, ze czas sie przeniesc na wlasciwa porodowke (czesniej bylam w takim oddzielnym pokoiku do porodow rodzinnych, ze zwyklym lozkiem, ktg, pilka, workiem i innymi bzdetami).
Zapytala mnie, czy chce isc sama, czy z mezem, czy z mama (tutaj juz nie mogli byc oboje0.
Oczywiscie wolalam obecnosc mojego kochania. Nie chcialam mu odbierac mozliwosci zobaczenia melutkiej od razu i przeciecia pepowiny, etc.
Okazalo sie, ze dopiero tutaj byl mi najbardziej potrzebny (to do dziewczyn, ktore sie zastanawiaja, czy moize by nie wyprosic meza na druga faze porodu). Bylo straaaasznie goraco. Ubzduralam sobie, ze musze miec zimne oklady na glowe, zeby nie wykorkowac z tego goraca. Wiec moje Kochanie latalo z mokrym recznikiem cyba z tysiac razy :-) Zanikaly mi skurcze. Martwilam sie, ze cos jest nie tak. No i przerwy miedzy tymi skurczami zrobily sie takie dluuugie. Wtedy podtrzymywal mnie na duchu, dodawal energii. Potem juz przy parciu podtrzymywal mi glowe (lozko bylo na mnie za krotkie i wszystkie zgiecia wypadaly nie w tym miejscu, w ktorym powinny i przez to bylo mi niewygodnie samej utrzymac glowe przy klatce)
Gdyby go nie bylo... tez dalabym rade. Tez przeciez bym urodzila, ale... No wlasnie...
Wiem teraz o nim wiecej. Widzialam pierwszy raz (i pewnie jedyny) lzy w jego oczach. Lzy szczescia...
I takie intymnosci (pomimo szpitalnej atmosfery), bliskosci i ogromu szczescia nie da sie oddtworzyc w innych warunkach.