poród rodzinny - zdecydowanie tak! mój kochany na początku nie chciał być przy porodzie - patrzenie na ból bliskiej osoby nie należy do przyjemnych przeżyć. Ale ja bardzo bałam sie porodu (zaczęlismy rozmawiać o tym gdzieś bliżej początka ciąży) i mój podstawowy argument - dlaczego chcę go mieć przy sobie - brzmiał: nie chcę zostać sama z obcymi ludźmi. Mąż uznał, że jest to argument nie do przebicia i zgodził się na poród rodzinny (choć przyzwyczajał się do tej myśli chyba długo). Im było bliżej porodu, tym mniej sie bałam, więc powiedziałam, żeby był ile da radę, a jak stwierdzi, że to co się dzieje jakoś źle działa na niego lub wpłynie na nas, to niech wyjdzie i nie będę miała do niego żalu.
był ze mną od początku do końca. nie wyobrażam sobie, jak by to było bez niego. Można zacząć od tego, że miałam do kogo się odezwać przez dłuuugie godziny wstępu, potem wymieniać długą listę rzeczy, które dla mnie robił, i które przynosiły duzą ulgę i td. Ale powiem krócej:
a) rzeczywiście nie jest to dla niego łatwe przeżycie: patrzeć, jak boli bliskiej ci osobie i nie być w stanie nic zrobić.
b) zgadzam się z napisanym wyżej w tym wątku: kiedy się już "robi gorąco", on z tobą jest, ale ty z nim niekoniecznie. co absolutnie nie znaczy, że nie doceniasz tego, co wtedy dla ciebie robi (akurat dla mnie to pozostało najważniejszym wspomnieniem)
i
c) w pewnym momencie było tak, że - będąc sama - na pewno zwinęłabym się z bólu w kłębek i - jak to określają - "przestałabym współpracować". Tym, co mnie powstrzymało, była właśnie obecność męża. Może to dziwne, ale byłoby mi zwyczajnie głupio: on sie zdobył na trwanie przy mnie w takiej chwili, a ja będę histeryzować
