U mnie było tak : koronawirus, dwa porody w jednym czasie, tego dnia wgl był duży ruch na porodówce

przyjechalam z 7 czy 8 cm rozwarcia i bardzo silnymi bólami, była jedna położna która zaglądała raz do mnie, raz do koleżanki obok. Tylko jak skończyło się ktg, badanie przez gina położna wzięła moje rzeczy, poprosiła żebym się przebrała w koszulę do porodu, zaprosiła na porodówkę. Przyszlam na salę porodową, pokazała fotel, mialam super wypasiony fotel

bardzo wygodny. Ułożyła takie klocki do ćwiczeń

Jezu, nie wiem jak to wytłumaczyć

pokazała mi ruchy jakie mogę na nich wykonywać żeby dziecko się ustawiło, czyli "na kucaka" i machanie biodrami

to była młoda przemiła dziewczyna. Zaglądała do mnie co jakiś czas, na początku chodziłam sobie po sali, pozniej rzeczywiście kucalam i machałam biodrami, bóle zaczęły być nie do zniesienia. Laska serio chciała mi pomóc i ulżyć, zaproponowała masaż odcinka lędźwiowego, ale ja byłam niedotykalska. Poczułam, że chce mi się do wc, poszła że mną, cały czas zaglądała między nogi czy to aby na pewno to, i czy nie idzie dziecko. Okazało się że to nie kupka, a parte. Mialam przebijany pęcherz plodowy, tylko nie pamiętam czy z akcją przed wc, czy po. Mialam to szczęście, że trafiłam na cudną położną. Sprawiła że czulam się zaopiekowana, mówiła co będzie robić, co sprawdzać, wspierała mnie, przy parciu które trwalo u mnie półtora godziny (a zakładała ze potrwa to parę minut, ale nie moglam wypchnąć dziecka) podpowiadała pozycje które miały mi ułatwić poród a o których nie mialam pojecia! Jak zaczęły się parte to przyszła jeszcze jedna położna. Niestety, stara ropucha, która wyprowadzała mnie z rownowagi. Była delikatnie mówiąc wredna, sugerowała że się ociągam, i że ile jeszcze będę rodzic, do 18 mam czas bo do tej ma zmianę, i że chyba będziemy tu siedzieć przeze mnie cała noc

później serio musiałam się śpiąc, żeby nie doszło do niedotlenienia, bo syn byl juz w kanale. Tak się spielam że od razu wyskoczył

dzięki położnej Joannie udało się ochronić moje krocze, jestem za to bardzo wdzięczna. Aha, i moze z 2 razy zajrzał do mnie lekarz. W drzwiach zapytał tylko położnej czy wszystko ok. Raz na jakiś czas zaglądały też inne położne, zapytać co i jak. Natomiast kiedy już synek wychodził, nagle pojawiło się pełno położnych, ktoś z noworodków itp jak rodziłam łożysko była tylko moja położna a zaraz znowu zrobiło się gęsto, przyszedł też lekarz, obejrzeć łożysko, pozniej stara położna i dr naciskali mi na brzuch. Coś mi się jeszcze kojarzy że dr naciskał na brzuch przy porodzie

niestety, byłam tam wykończona, że nie potrafię zachować chronologii, niektóre sytuacje pamiętam jak przez mgłę, momentami czulam się jakbym miała odlecieć.
Pewnie jak zwykle za bardzo wyjechałam z prywatą, ale ja będąc w ciąży lubiłam czytać takie historie. Może Cię to trochę uspokoi

dopóki są skurcze i wiele się nie dzieje, to położna była trochę przy mnie, trochę przy drugiej pacjentce, w między czasie coś zaglądał, ale jak akcja się rozkręciła, to zawsze ktoś przy mnie byl. Przy samym porodzie trzymały mnie 2 - 3 położne, ktoś się jeszcze kręcił po sali. A rodziłam w malym powiatowym szpitalu, gdzie rocznie przychodzi na świat 900 noworodków.
Po porodzie zgasili światło, i miałam 1,5 godziny dla dziecka. Oboje bylismy nadzy, przykryci tylko prześcieradłem i kocem, przytuleni ciało do ciała. To piękna chwila.