Karjoka, no nie bardzo wiem, co jedno z drugim ma wspólnego - niewiedza, brak informacji itp. a RZECZYWISTA sytuacja "dziecku spada tętno, musimy szybko zakończyć poród, nie ma czasu". Maks został wyciągnięty kleszczami w ciągu 2-3 minut. Gdyby moje dziecko nie przeżyło lub gdyby wszystko trwało zbyt długo i dziecko miało nieodwracalne zmiany z powodu niedotlenienia, jak miałabym sobie to tłumaczyć? Może "pewien odsetek dzieci umiera w czasie porodu" lub "pewien odsetek dzieci doznaje uszczerbku na zdrowiu w czasie porodu"?

Obaj moi synowie urodzili się w szpitalu i nie czuję, żebym jakoś specjalnie odeszła od natury, w końcu nie zrobiłam sobie cesarki "na życzenie" ;-)
A tak naprawdę... jak już bardzo bolało - to miejsce, otoczenie, urządzenie sali porodowej, nie miało absolutnie żadnego znaczenia. Po prostu - chodziło o to, żeby dobrze współpracować z położną i urodzić dzidziusia. Byłam w tym czasie tak skoncentrowana na samej czynności rodzenia, parciu, oddychaniu, że miejsce nie miało dla mnie znaczenia (np. pierwsze dziecko rodziło się w starym brzydkim szpitalu, drugie przeciwnie, a wrażenia - takie same).
Jeżeli ktoś czuje, że woli rodzić w domu, szanuję to w stu procentach. Ja sama bym się na to nie zdecydowała - co mi po naturze, gdyby mój synuś był dziś niepełnosprawny lub by go nie było? To jest decyzja każdej kobiety, a ja uważam, że skoro są miejsca takie jak szpitale, gdzie szybko mozna uzyskać pomoc w razie potrzeby, to JA chcę mieć taką możliwość zapewnioną.