rano w niedziele o 9 cos mnie skurczylo pare razy,ale poniewaz nie chcialo mi sie wierzyc ze moglabym urodzic dokladnie o terminie, nie przejelam sie za bardzo, tylko wzielam ciepla kapiel..nie pomogla...zwymiotowalam 2 razy..no to pomyslalam,ze jednak to juz... wiec jeszcze sie bzyknelismy tak na zapas

o 10 skurcze co 6 minut...a juz o 11 bylam w szpitalu, chodzac po scianach i jak sie okazalo, juz mialam 7 centymetrow rozwarcia. dali mi pooddychac gazem n2o, i tak przez godzine czekalam na znieczulenie nadoponowe.musialam sie zachowywac jak zwierze, wydawalo mi sie ze trwa to cale wieki!!! nakrzyczalam na lekarza ze jest powolny, ze ma mi nie zadawac zadnych pytan, tylko dawac to cholerne znieczulenie

moj krzychu sie sprawil na 6, wlasciwie to tylko jego slyszalam...calowal mnie w czolo, ale nie masowal, bo nie potrzebowalam-plecy mnie w ogole nie bolaly. tylko z przodu.....potem nacieli mi blony, bo do tej pory jeszcze wody nie odeszly...ok 14 juz pchalam, ale przez to znieczulenie nie wiedzialam jak, wiec musieli mi mowic,kiedy. strasznie sie zestresowalam, jak nagle zlecialo sie 6 osob,bo tetno dziecka zaczelo spadac, oddalo smolke i kazali mi szynbko urodzic, bo grozila cesarka. skonczylo sie na kleszczach i tysiacu szwow.
o 15 byla na swiecie

nie dali mi jej na brzuszek, tylko szybko zabrali.15 minut czekalam, zeby zobaczyc moje cudenko....mala wazy 4 kg i robi sie coraz ladniejsza. dzielna dziewczynka....jak krzychu przywiozl mnie do domu, czekal na mnie szampan, caly dom w kwiatkach i mnostwo prezentow

karmienie troche meczace i bolesne...ale wszyscy pocieszaja ze dojde szybko do wprawy.. na razie jeszcze sie gubie we wszytskim, mam balagan w domu i nie panuje troche nad sytuacja

ale jestem juz z mala, to najwazniejsze.....