Rajani
Fanka BB :)
Olga, ja straciłam14tc więc jestem przed momentem ekstremalnym, dla mnie osobiście. Wtedy wszystko było super, dzidzia żyła, rosła, nie był to pusty pęcherzyk. Nie mam jeszcze dziecka, więc kłębią mi się myśli, że :albo to był jeden pechowy przypadek, albo nie będę nigdy miała dzieci bo będę ronić kolejne ciąże. W pierwszej ciąży byłam 100% spokojna, szczęśliwa, w ogóle nie dopuszczałam do siebie myśli że może być coś nie tak. Po prostu nie mieściło się to w mojej świadomości, od pierwszego dnia odkąd zrobiłam test wiedziałam że za 9 miesięcy będę rodzić dziecko. Dostałam nagle otrzeźwający kubeł zimnej wody na głowę. Miałam zamiar tą obecną ciążę przyjąć z dystansem i spokojem. Co będzie to będzie. Ale nie umiem. Tak strasznie chcę tego dziecka i tak strasznie się boję, ze je i tym razem też stracę. Wiem, że tym nie polepszę niczego. Ale nie umiem inaczej. Wydaję mi się, że drugiej straty nie przeżyję, po prostu nie dam rady. Dlatego tak strasznie się boję USG. Bo na tym właśnie USG poprzednio dowiedziałam się że moje dziecko w najlepszym wypadku jeśli je donoszę urodzi się bardzo chore i nie przeżyje nawet jednego dnia. Dwa tygodnie później, było już po wszystkim. Oczywiście to było dla nas wtedy szczęście w nieszczęściu, że natura sama rozwiązała sprawę.
Przepraszam Was że się tak znowu jakoś wczułam, i mnie poniosło. Detektor kupiłam bo chcę mieć możliwość raz na jakiś czas pozbyć się lęków czy dzidzia żyje. Zazdroszczę dziewczynom, które nie mają takich doświadczeń i znoszą ciążę w błogiej szczęśliwości i pewności że wszystko będzie dobrze. Myślę,też, że te które mają już dzieci łatwiej mimo wszystko znoszą stratę. Bo wiedzą też, że równie dobrze może być ok. Ja tego jeszcze nie wiem.
Czytam wszystkie wasze posty...
To byla moja druga ciaza... Pierwsza byla 4 lata temu - poronienie...
Ale chcialam tez wam wszystkim powiedziec, ze bardzo wam dopinguje i caly czas bede do was zagladac.
no to mi się słabo zrobiło pierwszy raz w życiu i zemdlałam :-) okazało się że łokieć rozpadł na tysiąc kawałków i potrzeba specjalnych blaszek do złożenia za które mieliśmy zapłacić 8tyś (udało się zrefundować oczywiście dzięki znajomościom) Po tygodniu przygotowań cały zespół wziął się za 7 godzinną operację i chociaż prognozy były marniutki (10%ruchowości) M doszedł do 70% i dziś tylko jak frankenstain wygląda 
myślimy dalej pani kasuje a ja: wiesz co ale jesteśmy moim autem (clio) bo M nie mógł prowadzić