Martuszka - karmimy się na leżąco bo na siedząco Leon się krztusi...ale w ciągu dnia mam Go prawie cały czas na rękach/ramieniu bo On jest nieodkładalny... No nie jest łatwo, ręce jeszcze jakoś się trzymają, ale gorzej z plecami. Poza tym znowu waga mi spada i jestem taka trochę wypluta... a Vinci coraz większy/grubszy. Myślę, że waży jakoś 5,500...
Mam trochę dosyć gości. Tzn. rozumiem, że każdy chce poznać Leonka, zobaczyć... ale kto nie przyjdzie to rzuca dobre rady odnośnie kolek... W sobotę mieliśmy straszny napad, więc wczoraj byliśmy całą trójką bardzo wymęczeni... Przyszli goscie i sie zaczęło.. Pokarm za mocny, za słaby, przejść na mm, dopajać wodą/rumiankiem/miętą, nie nosić niech się wypłacze, za dużo nosicie/za mało nosicie... Ja wiem, że ludzie nie mówią tego złośliwie, ale ile można? Ja już otwarcie mówię, że nie potrzebujemy rad, że dziękujemy, że to się tylko tak łątwo mówi... a Oni cały czas swoje. Chyba przestaniemy na jakiś czas przyjmować gosci..
aaaa i jeszcze wyrywanie mi Leona bo chcą potrzymać. Nie pozwalam. Ostatnio byli teściowie i koniecznie chcieli potrzymać, a Młody krzyczał, nie dałam. Później zasnął na Ojcu, a ja wyszłam do łazienki, wracam, a Leon u teścia... po minucie się obudził i zaczął się totalny krzyk. Wściekłam się! Powiedziałam, że to nie jest laleczka tylko człowiek, a to, że chciał potrzymać wnuka, mało mnie interesuje... Zabrałam Leosia, opieprzyłąm M. i poszłam.