No to chyba coś pechowy czas mamy dla naszych mężów. Mój w niedzielę złamał nogę... Pojechał na jeden z naszych wyścigów rowerowych, ale nawet nie wystartował, 10 min. przed startem poślizgnął się na asfalcie na rondzie (była mżawka). Gipsu nie ma, tylko śrubę tytanową mu założyli, bo to wysoko, kość udowa. Będzie chodził o kulach. Łatwo nam teraz nie będzie, dobrze, że ja mam jeszcze dużo siły. Na szczęście i rodzice i znajomi obiecują, że jak będziemy potrzebowali to nam pomogą. Choćby do wnoszenia zakupów pewnie poproszę tatę, bo W. to zawsze robił. Gorzej z przeprowadzką, którą planujemy w czerwcu, ale chyba kupi się znajomym skrzynkę piwa i jakoś nam pomogą.
A tak poza tym, to ja cały weekend pracowałam na żaglach. Mam papiery instruktorskie, więc stwierdziłam, że skoro nie mogę jeździć na wyścigi, to wykorzystam czas na żeglowanie. Przynajmniej trochę pieniędzy wpadnie.