Mnie najbardziej zabolała, osobiście dotknęła, śmierć malutkiego Maksa.

W tym samym czasie byliśmy z naszym małym syneczkiem nad morzem. W tym samym czasie wracaliśmy. I w tym samym czasie nasz synek zachorował na wakacjach, aż byliśmy z nim na pogotowiu.

Tyle, że my mieliśmy więcej szczęścia...
Jak wróciliśmy, okazało się, że malutki Maksiu zmarł. Prawdopodobnie miał zapalenie krtani. Nie dostał inhalacji, nie dostał dexawenu ... Moje dzieci czasami chorują na krtań, więc wiem jakie to ciężkie, zwłaszcza w nocy. Taka głupia, pospolita choroba, on naprawdę mógł żyć. Gdyby lekarka pochyliła się nad nim. Gdyby upewniła, że zastosowane leczenie działa. Gdyby.... Boli do dziś. Chłopczyk był w wieku mojego syneczka.
Zobacz załącznik 1429981
Moje najmłodsze dziecko rok później też miało duszność. Niską saturację na domowym urządzeniu. W weekend oczywiście. Na pogotowiu dostał śladowe ilości leku do inhalacji, bez zastrzyku. Nie dawał rady nawet się położyć, żeby usnąć w dzień. Siniały mu usta. Pracował brzuszkiem zamiast klatką piersiową, krótki urywany oddech. Myślałam że oszaleje z nerwów. Zadzwoniłam na izbę przyjęć szpitala wojewódzkiego, a tam zlecili mi te same leki w POCZWÓRNEJ dawce!!!

Pierwsze trzy dni poczwórna, potem podwójna dawka. Do wieczora stan synka nie polepszył się, więc ok 22.00 pojechałam na pogotowie. Wpadłam tam jak furia i zażądałam zastrzyku przeciwwstrząsowego. Powiedziałam, że nie wyjdę, nie usnę, dopóki dziecku nie zacznie się poprawiać. Oczywiście zrobili mu test covid, negatywny. Jeszcze dwie godziny spędziłam na pogotowiu, zanim oddech ustabilizował się i mogłam bezpiecznie wrócić do domu. Mały miał zapalenie krtani i nagłośni. Nawet nie chce myśleć co by się stało, jakbym usnęła i nie pilnowała go. Czy jakbym dawała te żałośnie małe, symboliczne dawki leku.

A mój mąż mówił, przestań, uspokój się, nie panikuj, przecież byłaś u lekarza i mamy leki. Tiaaaaa. Jak to na wszystko trzeba uważać, nie ufać ślepo lekarzowi, dopytywać się, obserwować i konsultować gdzie indziej w razie wątpliwości.
Byłam wychowana w duchu uwielbienia dla lekarza i bezkrytycyzmu, ale w realnym życiu to się nie sprawdza. To był bardzo ciężki weekend. Jeden z najgorszych w moim życiu. Lęk o dziecko przeogromny. I ten biedny mały Maksiu tak bardzo zapadł mi w serce. On naprawdę nie musiał umrzeć.
Chłopczyka na O też szkoda, ale nie śledziłam doniesień, zbiórek, komunikatów, więc nie zżyłam się z nim mocno. Albo jestem nieczuła, nie wiem.