Edit: dobra nie doczytałam może dobrze, ale to i tak moja wiadomość są do wszystkich staraczek, które dopadają wątpliwości!!!!
Beko (i też Kalisiu i inne nasze nowe staraczki przepraszam, że nie zmienię całej wiadomości, ale to i tak jeden i ten sam przekaz) kochana, rozumiem tyle czekania (choć co ja mam do gadania), ale widzisz trzeci rok prawie u Ciebie a Ty się nie poddajesz, jesteś silna a wiedz, że cierpliwość popłaca.
Soglam odpuściła, miała chwilową załamkę, coś tam pisała u nas po czym udało się ma fasolkę, ja w pierwszym cyklu zaszłam w ciążę biochemiczną, poroniłam wczesną, wypłakałam autentycznie jeden dzień bo musiałam. Poszłam do lekarki, okazało się, że z macicą i jajnikami wszystko ok i mogę jechać dalej z koksem. Ja cierpię na niedoczynność tarczycy, która powoduje duży przyrost prolaktyny przez przyrost hormonu tsh. Wariowałam z tego powodu przez pierwszy miesiąc starań bo myślałam, że ta moja choroba może sprawić iż w tą ciążę nie zajdę. Chodziłam zła jak osa z tego powodu, seks był mechaniczny, ciągle byliśmy z facetem na siebie wnerwieni.
To poronienie zadziałało na mnie trzeźwiąco. Wtedy pomyślałam, czy aby na pewno wiem co ja robię świadomie starając się o dziecko w takiej sytuacji w jakiej jestem.
Potem przy okazji wyszła sprawa z nerkami mojego faceta, to też ustawiło mnie do pionu.
Nie rozmawialiśmy tak szczerze o tym, tylko wzajemnie się przeprosiliśmy za to jaki ten poprzedni miesiąc dla nas był okropny. Wróciły dawne uczucia, namiętności a w seksie oboje znajdowaliśmy radochę...codzienną ;p
W dniu owulacji dziwnym trafem wieczorem miałam taką głupawkę z moim, że śmialiśmy się dosłownie ze wszystkiego. Napierniczały mnie jajniki a ja ledwo śmiać się z bólu mogłam, ale przestać w ogóle śmiać też nie dałam rady.
I taki też wyjątkowy był ten lutowy miesiąc bo praktycznie seks co dzień (NIE WIEM kiedy ja znalazłam siłę na to) bo z resztą mój przechodził do innej pracy więc miesiąc w domu, no i tak się menda przyzwyczaiła, że chciała mnie w kuchni obłapiać!
W tym wszystkim było dziwne to, że jakoś specjalnie o zajściu w ciążę nie myślałam, o tym co będzie jak będzie, jak to w ogóle będzie wyglądać, nic a nic. Chciałam się po prostu cieszyć życiem z moim.
Nie myślałam, że po biochemicznej uda mi się tak szybko w ciążę zajść a jednak, matula natura przyszykowała mi inny los.
Ogólnie starania nie tylko moje ale i innych dziewczyn mogę porównać do mojego podejścia do życia. Wiele złego mnie spotkało, ale nie na tyle złego i silnego by mnie pobić. Czytaj stan olewkowy, lewy bądź prawy półdupek albo środkowy palec i idę do przodu. To naprawdę zdaje sprawę.
Wiadomo, że niepowodzenia bolą człowieka, od środka czasem i wypalają, ale żyje się nadal i idzie dalej. Jak po drabinie, jeden złamany szczebel, unosisz wyżej nóżkę i od razu jesteś wyżej, spadniesz, wstajesz i znowu wchodzisz, na upartego.
3 lata to długo, ale popatrz na te starania nieudane z innej perspektywy, wyciągnij te dobre wnioski. Tyle już nauczyłaś się o swoim organizmie, że nic nie jest dla Ciebie tajemnicą. Widocznie tak miało być, a gdy fasolka zawita (a moje malutkie trzecie oczko coś mi podpowiada, że już niedługo) będziesz bardzo pozytywnie zaskoczona i będziesz chciała chłonąć nową wiedzę, a to uczyni Ciebie lepszą niż byłaś do tej pory.
Pamiętaj, los odpuszcza tylko tym zawziętym i upierdliwym, bądź upierdliwa i daj przykład, że załamywać się nie można a wręcz nie wolno :-)
Trzymam kciuki mocno :* za Ciebie
Doniu no bardzo nieładny żarcik!!! Rączka do przodu będzie bicie linijką!