No niestety. Jestem po wizycie. Jak wyszłam z laboratorium to mnie trafilo. TSH - 5,1 nosz kurde no! Liczyłam na cokolwiek, spadek o 1-2 a tu NIC! ZERO! Miesiąc żarcia tych tabletek, stracony cykl i żadnej różnicy. Prolaktyna 33,15 przy normie do 26,53. Pojechałam od razu do endo. Jedyna dobra wiadomość to taka, że ta niedoczynność nie jest immunologiczna czyli nie jest to choroba Hashimoto. Przeciwciała bardzo niskie. Mam zapalenie tarczycy i niedoczynność i muszę to wyleczyć. Lek był za słaby więc nie działał i dostałam Euthyrox 50 i mam przyjść za 2 miesiące na kontrolę z wynikami. No to pytam lekarza jak ze staraniami o dzidzię i oczywiście otrzymałam odpowiedź, że nie mogę mieć niedoczynności i zapalenia, muszę to najpierw wyleczyć. Okej, to ja mu na to, że jestem bardzo niecierpliwa nie chcę już czekać, że 30-tkę mam w tym miesiącu, to się Pan doktor zaśmiał i mówi że przecież to kilka miesiący, pół roku...... Jakie pół roku?????

Czekałam całe życie na wszystko, na moją największą miłość, na wspólne życie, na oświadczyny, na ślub....teraz znowu muszę czekać, skąd ja mam brać cierpliwość, z kosmosu ją czerpać? Ehhhh...
Wiem, że panikuję, wiem, że przesadzam, że dramatyzuję, wszystko wiem.
Ale ile można czekać na durne "zielone światło" żeby chociaż się móc starać o ten skarb....
Jedno muszę przyznać, że mój mężuś jest najlepszy. Stawał wczoraj na głowie dosłownie i w przenośni, żeby mnie pocieszyć. 3 godziny ze mną rozmawiał i uspokajał, był taki spokojny i kochany.
Reasumując, nie wiem kiedy będę mogła znowu nazwać się "staraczką"
Kasuję suwaki, bo mnie denerwują, owulacja mnie nie obchodzi, a długość starań też
bez sensu bo się de facto NIE staramy , bo nie możemy...
:-(