No wiec z wtorku na srode w nocy cos mnie bolało podbrzusze i krzyz, chłopaki już spali, a ja chodziłam i sie kreciłam, bo nie mogłam ulezec, zasnełam w koncu jakos przed 2 i przestało bolec, obudziłam sie dokladnie 4.45 i poszłam siusiu, wtedy dostałam pierwszy jakis skurcz, pozniej kolejny i kolejny, ale w sumie niezbyt bolesne i tak co 15-20 min, wiec nie wiedziałam czy to to, potem były coraz czesciej, wiec jakos po 6 obudzilam Patryka, przed 7 lekko przebudzilismy Rafała, wypił mleko i jakos po 7 Patryk go zawiozł do dziadków. Ja sobie jeszcze chwile lezałam, potem wstawiłam pranko, usiadłam przed komputerem i poczytałam BB, weszłam na NK, zjadłam sobie sniadanko (kisiel). Skurcze cały czas miałam ale jakies takie nijakie. Jak P wrocil poszłam sie kapac no i skurcze sie nasiliły, jakos po 9 pojechalismy zawiezc psa do mojej mamy. Skurcze miałam co 5-7 minut, ale nie sadziłam ze to juz to.
Dojechalismy do szpitala, wchodze na izbe i mowie tak "dzien dobry, ja bylam na dzisiaj umowiona z doktorem na KTG, ale to juz chyba porod bedzie..."

Polozne na mnie patrza, mowie ze mam skurcze itp. No to wypełnilam jakies papiery, koło 10.20 podłaczyli mnie pod KTG, pierwsze skurcze były jakies takie mało bolesne, wg skali maksymalnie na 6 (skala do 12). Polozna mowi ze moj gin teraz operuje i zejdzie jak skonczy. Po jakiejs pol godziny lezenia czuje juz ktorys mega skurcz (wychodziły ponad skale) i czuje jakies parcie, mowie do P idz po te polozne. On poszedł i mowi ze ich nie ma... Ja tak patrze, ale ja chyba rodze... Juz nie moglam ulezec, tak bolało i nagle czuje plusk i wody mi odeszły, chyba cos zaczelam krzyczec, bo polozna przyszła i sie pyta "co pani tak krzyczy", "mowie ze mi wody odeszły" a ona "no i co ze wody odeszły, to jeszcze jeszcze". Chwilke przed 11 odłaczyła mnie od KTG, no to zdjełam spodnie, ona spradza rozwarcie, robi wielkie oczy i zdziwiona do mnie "no dobra to rodzimy", ja do niej z przerazeniem "tutaj"???? (KTG na koncu korytarza za kotarka), wiec polozna sie ze mnie smieje "nie no jedziemy na porodowke, gdzie tutaj", no to sie robieram na tej izbie przyjec, ona mi daje jakas wielka koszule, Patryka wysłała po torby do auta, przyjezdza druga polozna z wozkiem i wioza mnie na porodowke, i tylko słysze "nie prze pani, nie prze, spokojnie", normalnie biegly z tym wozkiem, poobijały go o sciany, winde itd. Jak P wrocil ja juz w windzie bylam, wiec mu schodami isc kazały, zeby zdarzył...Jechalam na tym wozku w rozkroku, nie wiem czy nakrylam koszula nogi nawet, a tam jacys robotnicy lazili, bo w szpitalu remont

Piguły marudza ze tak pozno przyjechałam, ze w domu chciałam rodzic itd...
To sie działo tak szybko ze juz nieswiadoma nawet bylam. Na porodowce przelozyły mnie na fotel, przyszedł P, ja mam skurcze i sie wydzieram, te do mnie spokojnie, nie prze pani, slysze jak przez telefon wołaja lekarza do porodu i do mnie tylko "ze mam dmuchac i oddychac, a nie krzyczec i nie przec", nie mogłam sie uspokoic, ale w koncu P jakos na mnie krzyknał ze mam dmuchac, wiec złapałam go za fraki i zaczełam dmuchac (chociaz P stwierdzil ze ja plułam a nie dmuchałam)

Nagle tylko poczułam ze wychodzi powoli głowka i potem ciałko... Cała akcja na porodowce trwała jakies 10min... Nawet KTG mi juz nie zdarzyły podlaczyc. Mała urodziła sie o 11.10 :-) Dla mnie to było za szybko, nie bylam na to przygotowana wiec w ogole sie skupic nie moglam, ale jakos sie udało :-)
Potem dostałam Oxy i zaraz urodziłam lozysko, panie wyprosiły P i szykuja sie do szycia, tak mnie ogladaja i ogladaja i mowia "tu nie ma co szyc" :-) Ja z mała na rekach odetchnełam ze juz koniec i zadowolona ze nic nie peklo itd. Dopiero P mi na drugi dzien powiedzial ze ta jedna polozna mi tak palcami rozszerzała, ja tam tego nie czułam, ale dzieki niej nie pekłam :-) Polezelismy sobie jakies 1,5h na porodowce. Chwile po wszystkim wpadł jakis gin i mowi "a tu jakis porod był i sie smieje, ze jakis express", po jakiejs pol godzince przyszedł moj gin, smiał sie ze nawet na niego nie poczekałam, i cos tam ze zostawic mnie na chwile i juz takie psikusy robie... Złozył gratulacje i poszedł :-) Mała dostała 10pkt, 3.750g, 56cm, a potem przewiozły mnie na noworodkowy :-) Do mnie chyba nie do konca docierało, byłam strasznie zakrecona, dopiero jakos pod wieczor sie wyciszyłam i zaczełam sie smiac z tego wszystkiego :-) Polozne sie ze mnie smiały ze jestem stworzona do rodzenia i ze nastepne w domu urodze... Nie nie nie, nie planuje nastepnego
No i ten plus ze krocze prawie nie bolało, tylko poobcierane i spuchniete, teraz juz wyglada prawie normalnie... Tylko ta macica sie kurczaca i krwawienie ehhh, ale teraz juz w miare ok. No i po porodzie chyba za szybko łazic zaczełam, jak mała pojechała na szczepienie ja sobie do niej poszłam i w zabiegowym mały krwotok dostałam, na podloge poleciało, doszłam do lazienki i wyleciały ze mnie takie wielkie skrzepy wielkosci mandarynki, normalnie jak watroba wygladało, wiec przerazona wrocilam na sale i sie pytam poloznej co i jak, ale ona mowi ze to nic złego, ze czasem sie zdarza i mam odpoczywac.
Najgorsze ze mam mega bol kosci łonowej i jesli za jakis czas nie przejdzie bede musiała RTG zrobic i do ortopedy sie wybrac, wiec mam nadzieje ze nieglugo przejdzie, bo to strasznie dokuczliwe i ogolnie straszny bol... Szczegolnie jak chwile posiedze czy poleze to wstaje dobre 5min bo musze stopniowo... No i długie spacery na razie odpadaja :-(
Ogolnie porod była mega szybki i intensywny...