love - wiesz to nie jest tak łatwo myśleć cały czas pozytywnie jak się tyle przeszło. Dopóki człowiek nie doświadczy na własnej skórze to nie zrozumie.
Ja pamiętam bardzo dobrze pierwszą ciążę. Ani przez chwile nie przeszło mi przez myśl coś złego. Wiedziałam że poronienia się zdarzają, no ale mnie to nie spotka. Każde usg mnie cieszyło i nigdy się go nie bałam. Pamiętam jak bylam na badaniu w 9 tyg i babka mówi no tutaj wszystko dobrze, serce ładnie bije, ciąża powinna się utrzymać. Pomyślałam wtedy "phi no przecież nie mogło być inaczej". Ja wręcz bylam trochę oburzona jej słowami. Cała ciąża do samego końca byla bez problemowa. Nie miałam nawet anemii.
Po kilku latach postanowilismy postarać się o rodzeństwo. Wiedzialam że z zajeściem w ciąże nie powinnam mieć problemów no i faktycznie udało sie od razu za pierwszym razem. Nie minelo może 1,5 tygodnia radosci i nagle @. Kontrola u lekarza. Wszystko sie samo wyczyściło. Ciąża biochemiczna. pomyslalam sobie że zdarza sie i sie tym nie przejelam. Od razu sie staralismy i znowu od razu sie udało. Powtórka z rozrywki. Radość ok 1,5 -2 tygodnie i znowu @ wróciła. Na pamiętke miałam tylko pozytywne testy. Kolejna próba. Dotrwałam do usg. Pomyślałam sobie że teraz to juz musi być dobrze i byłam pewna że teraz sie uda bo zarodek sie dobrze zagnieździł wiec sie rozwija. Pęcherzyk książkowy okraglutki. Serce szybko biło. Ciałko żółte duże. W 9 tygodniu dowiedziałam sie ze to bliźniaki. Szok i radości. Wizyty co 2 tyodnie dla bezpieczeństwa żeby obserwować bo jednojajowe, jednokosmówkowe. Wspólne "łożysko". Wszystko dobrze, wyniki badań idealne. Cały pierwszy trymestr nic sie kompletnie nie działo. Nie miałam bóli, nie miałam plamień. Książkowo.
Przełom 13/14 tygodnia byłam w przedszkolu na dniu wspólnym z rodzicami. Troche musialam sie tam pogimnastykować. Po wszystkim zdziwiło mnie że w brzuchu nic mnie nawet nie zakuło. Coś mnie tkneło i postanowiłam wybrać sie na szybki usg do przychodni. Lekarz badał badał, troche to trwało, ale myslalam że to dla tego bo sprawdza dwoje dzieci a nie jedno wiec wiecej czasu potrzebuje. Nagle słysze" przyro mi bardzo, ale mam bardzo złe wiadomości. Tutaj juz nie ma akcji serca. Prosze sie zgłosić do szpitala". Dostałam wtedy cios w plecy. Szok i niedowierzanie, no jak to? przeciez najgorszy etap juz za mna. Wszystko było dobrze. Dzieci miały mocna prace serca,widzialam jak robia fikołki, jak się do siebie przytulają. No to co się stało?
Zaryczana doszłamd do domu i odrazu telefon do mojego lekarza że musi to zaraz sprawdzić. Może to tylko pomyłka. Niestety mój lekarz również to potwierdził. Powiedział że musiało się to stać dzień wcześniej, albo max 2 dni. Równocześnie bo objga zatrzymało się w tym samym dniu. Do tego momentu rozwijały się prawidłowo.
Nastepnego dnia musiałam zglosić sie do szpitala. Spędziłam w nim tydzień na wywoływaniu porodu bo mój organizm kompletnie nie przyjmował do wiadomosci że to juz koniec. Szyjka nawet nie chciała drgnąć bo kosmicznych dawkach tabletek poronnych. Co z tego że w pokoju byłam z "rakowcami" skoro codzienno na korytarzu była jedna kolejka do badania tych chorych i tych w ciąży? ciagle musialam słuchać narzekań "cieżarnych" jak im źle. Mi też było źle tylko juz nie mialam o kogo walczyć. Po tygodniu wreszcie byłam po wszystkim, ale to nie koniec horroru. Dzieci jeszcze trzeba odebrac z prosektorium i pochować. Najgorszy dzień w moim życiu.
Po pół roku kolejna próba. Zaszłam w ciąże od razu. Myślałam sobie że limit nieszczęść to juz mi się wyczerpał. Wszystko dobrze, pęcherzyk ładny, serce 170 uderzeń na minute. Musi być dobrze. Wtedy się nie udało bo na 80 % był to zespół podkradania. Ciśnienie poszlo nierówno i jedno dziecko dostało za mało a drugie za dużo.
Teraz jest jedno dziecko i się uda.
W 9 tygodniu usłyszałam te same słowa tylko tym razem juz od mojego lekarza" przykro mi, ale nie ma akcji serca, prosze sie zgłosić do szpitala". Lekarz poradził jechac od razu bo właśnie jest ordynator. Teraz chciałam zabieg, drugi raz wywoływania nie zniose. Do szpitala pojechalam bez niczego, prosto z ulicy prosząc żeby juz to skończyli. Zabieg miałam godzine później. Rano wyszłam do domu. Znowu się nie udało.
Tym razem zrobiłam mase badań, właścznie z genetyka żeby nie przechodzić tego kolejny raz.
Teraz same wiecie jak jest. Od samego początku pod górke. Jak nie pęcherzyk, to wielki krwiak, to zły test PAPA i tak w koło macieja. Może paradoksalnie ta ciąża prawie spisana na straty będzie tą udaną. Narazie doszłam najdalej.
love powiedz mi czy ty bys po tym wszystkim sie nie martwiła? mysla tylko pozytywnie? ... musiałabym byc chora psychicznie gdybym sie nie martwiła. Tak to juz niestety ludzka głowa jest skonstruowana.
u nas na wątku widać i to bardzo kto przechodzi ta droge pierwszy raz i nawet mu czarne mysli pzrez głowe ani razu nei przeszły, kto nie miał żadnych problemów a kto ma juz poronienie za sobą. Wiadomo ze dziewczyny powinny myśleć pozytywnie, cieszyć sie z ciąży bo to podobno cudowny stan, ale z drugiej strony dziewczyny które się martwią... nawet dużo, powinny mieć do tego prawo bo one teraz przeżywają ciąże inaczej, nie jako okres magiczny tylko zmartwień żeby doprowadzić dziecko do 9 miesiąca i nikt nie powinien się ich o to czepiać tylko wspierać razem i zaraż pozytywną energią.
opisałam swoją historię żeby łatwiej było wam zrozumieć czemu sie zamartwiam przed każdą wizytą do tego stopnia że trzęsą mi sie ze strachu ręce.