Słuchajcie, 37 i 5 to jest już temperatura u takiego małego dziecka?
Pytanie u mnie na topie, bo właśnie o to dziś pytałam pediatrę. Niestety zaraziłam Julkę kaszlem, dodatkowo ma zatkany nosek (na szczęście bez kataru) więc musiałam wybrać się z nią do lekarza. Wczoraj przed kąpielą sprawdziłam jej temperaturę i miała 37,5 stopnia. Trochę się wystraszyłam i zaraz poszukałam w necie jaką temperaturę mają niemowlaki. Wyczytałam, że niby temperatura 37 - 37,5 stopnia jest ok. Natomiast dziś pediatra powiedziała mi, że dzieci mają taką samą temperaturę jak dorośli, czyli 36,6 stopnia. Powyżej 37 stopni to stan podgorączkowy. Martwić się gdy temperatura będzie w okolicach 38 stopni. No i pamiętać, że gdy mierzy się temperaturę w pupci to należy odjąć 0,4 stopnia od tego co pokazuje termometr.
Na szczęście z Julką nie jest źle. Pani doktor ją osłuchała i nic nie stwierdziła. Dostałyśmy syropek na kaszel, aerozol do noska i witaminę C. No i zalecenie żeby wychodzić na spacerki. Tu się zdziwiłam, bo myślałam, że będziemy teraz skazane na siedzenie w domu, a tu taka niespodzianka. Mam ją obserwować i gdyby się pogorszyło to przyjść jeszcze raz.
Teraz widzę jak te nasze dzieci są delikatne. Mi tak naprawdę praktycznie nic nie jest. Jakiś delikatny kaszel, trochę z nosa leci, a mała odrazu to podłapała. Gdyby nie to, to nawet nie spojrzałabym w kierunku tabletek, bo pewnie samo by mi to przesło za kilka dni. Ale teraz już wiem, i mam nauczkę, że jak tylko pojawią się u mnie pierwsze objawy przeziębienia to zaraz biorę się za leczenie. Nie mogę patrzeć jak malutka męczy się z zatkanym noskiem.
Ogólne dołączam się do grona tych, które nie mają za wiele czasu na pisanie. Czytam w miarę na bieżąco, ale co dojdę do końca to Jula się budzi i odpisać już czasu nie mam. Teraz śpi, może uda się tym razem.
Przed chwilą wyszła od nas położna. Była 4 i ostatni raz. Ale jak dla mnie to mogła sobie już podarować te wizyty po pierwszym razie. Wyglądało to tak, że przychodziła, wpisała w ksiażeczkę to co miała wpisać i wychodziła. Ja nie miałam żadnych pytań, z małą wszystko ok, więc jej wizyty były zbędne. No ale 4 razy musiała przyjść.
My chrzciny mamy 12 listopada. Zapraszamy tylko najbliższą rodzinę i dziadków S, ale i tak w sumie wyszlo 24 osoby. A to tylko rodzice i rodzeństwo moje i S z dziećmi. No, a że w mojej kawalerce to ciasno jest nawet jak jesteśmy tylko w trójkę, także impreza będzie w restauracji.
S wrócił od poniedziałku do pracy. 4 tygodnie miał wolnego. Jak byłam w szpitalu to wziął sobie tydzień urlopu, a potem dostał jeszcze 3 tygodnie opieki na małą. No ale nie nacieszyłyśmy się za bardzo jego obecnością w tym czasie. Całymi dniami go praktycznie nie było. Wychodził z samego rana i wracał po zmierzchu. Niestety trafił się taki okres, że gonią nas terminy na naszej budowie. Idzie zima więc musieliśmy nadgonić z robotami, aby zrobić to wszystko co trzeba było zrobić przed pierwszym śniegiem. A że praktycznie wszystko robimy tam sami, to tak to właśnie wyglądało. Nie ukrywam, że było mi trochę przykro, że w tych pierwszych tygodnich życia małej nie było go z nami tyle ile bym chciała, ale nie mogłam tego pokazać, bo wiem że nie uciekał od nas specjalnie. Buduje nasz dom i robi to dla nas, więc zaciskałam zęby i jakoś te dni mijały. Jemu też było przykro, że tak mało czasu z nami spędza, a ja jeszcze mu dogryzałam i mówiłam do Julci jak wracał: "Patrz, wójek Tata przyszedł". Jak już był w domu to zajmował się małą. W nocy też wstajemy na zmianę. I tak to jeszcze będzie wyglądać gdzieś do wiosny. Wtedy mam nadzieję, że już się przeprowadzimy i wtedy tata będzie na miejscu.
Ellsi trzymaj się kobietko. Napewno jesteś wspaniałą mamą. A kryzys przejdzie. Trzeba być tylko dobrej myśli.
EDIT:
Zapomniałam dopisać coś w temacie teściowych. Moja ostatnio rozbawiła mnie do łez. Chociaż potem sama już nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Nie będę już wspominać to ciągłych upomnieniach, że za zimno na spacery, że jak wychodzę z domu do auta to nosidełko powinno być całe dokładnie obwinięte kocykiem, aby małej przypadkiem nie dopadł żaden podmuszek wiatru itp. itd. Ale to co powiedziała nam ostatnio przeszło wszelkie granice. Byliśmy tam na kawie w niedzielę i rozmowa zeszła na temat Wszystkich Świętych. I nagle teściowa oznajmia nam, że my to się chyba nie wybieramy na cmentarze z małą. Pytam a dlaczego by nie? A ona do mnie, że przecież z dzieckiem do pierwszego roku życia nie chodzi się na cmentarz. Tym bardziej, że jeszcze nie ochrzczona. No myślałam, że pęknę ze śmiechu i zapytałam czy żartuje. No ale okazało się, że jednak nie żartuje i mówi to całkiem poważnie. Nie omieszkałam jej powiedzieć co sądzę na temat takich przesądów i zapytałam dlaczego akurat do roku a nie do półtorej? No paranoja. A wydaje się być taką rozsądną kobietą.
Nie wybierałam się na wycieczki po cmentarzach, bo musiałabym ich kilka odwiedzić, a nie uśmiecha mi się ciągać małą przez cały dzień na takie wycieczki, ale wybieramy się wieczorem na nasz miejscowy cmentarz, bo też kilka osób tam leży, a cmentarz jest potężny i spacer w ten dzień po zmroku robi tam niezłe wrażenie. Jest mnóstwo ludzi, a znicze rozświetlają wszystko dookoła. Zresztą łuna znad cmentarza widoczna jest praktycznie z każdego miejsca w naszym mieście. Ale nie chcę słyszeć tej gadki gdy dowie się przypadkiem, że jednak tam poszliśmy. Domyślam się, że wtedy każda choroba Julki czy jakieś pechowe zdarzenie będzie z tym kojarzone.