Witam z rana
Ja to normalnie cieszę się jak murzyn blaszką, że mam komu podrzucić swojego dwulatka. Na początku był z tym spory problem. Moja teściowa sama jest opiekunką ale oczywiście, jak się Kuba urodził to od razu zapowiedziała, że ona się nim nie zajmie, bo ma już propozycję opieki nad obcym dzieckiem za pieniądze. Więc za darmo tracić czas z wnukiem jej się nie opłaca. Moja mama zaś jest na emeryturze, ale zajmowała się dodatkowo już taką starszą niepełnosprawną osobą i też szkoda mi było ją prosić, żeby zrezygnowała z dodatkowych paru groszy (ma na utrzymaniu studenta). Proponowałam nawet, że jej tyle samo zapłacę za opiekę nad Kubą ale rodzice unieśli się honorem i niestety odmówili licząc na moją wyrozumiałość. W ten więc sposób wracając do pracy musiałam zostawić pięciomiesięczne niemowlę pod opieką obcej osoby - niani płacąc jej połowę swojej ciężko zarobionej wypłaty. Oczywiście było to duże obciążenie finansowe, wytrzymaliśmy rok, a kiedy Kuba skończył półtora roku oddaliśmy go do żłobka. I chociaż za żłobek płaciliśmy dużo mniej, bo 150 zł na m-c, to jednak też nie dane było nam się cieszyć tym rozwiązaniem. Bo Kuba zaczął strasznie chorować. Mówię wam, na każdy miesiąc, kiedy był zapisany do żłobka - tydzień był tam, a trzy tygodnie na chorobowym. Zapalenie krtani, oskrzela, zapalenie gardła i tak w kółko, aż po trzech miesiącach lekarka odmówiła nam zgody na pójście dziecka do żłobka. Stwierdziła, że dziecko się nie nadaje do takiej instytucji, że będzie wiecznie chore i że powinnam się zastanowić nad innym rozwiązaniem kwestii opieki nad dzieckiem (najlepiej zwolnić się z pracy i zająć nim osobiście). Na szczęście w tym samym czasie okazało się, że jestem w ciąży. Mój lekarz obawiał się problemów (pracuję w banku, przy ludziach) więc sam, bez mojej interwencji nawet, wysłał mnie od razu na L4. Dodatkowo moja mama stwierdziła, że ma dość opieki nad swoją staruszką i zrezygnowała z pracy. Także w momencie, jak miesiąc temu okazało się, że muszę do końca ciąży wieść oszczędny tryb życia, żadnego łażenia, dźwigania, większego wysiłku, moja mama nie robiła już żadnych problemów i zajęła się Kubą. Teraz przychodzi ok. 8:00 rano i go zabiera, robią zakupy i idą do mieszkania rodziców, a mój mąż odbiera go, jak skończy pracę. Czyli do ok. 16:00 mam wolne. W tym czasie trochę leżakuję, nastawiam pranie (tygrysku, wierz mi, ja robię pranie co dziennie), ok. 13:00 zabieram się za obiad, potem prasuję to co już jakimś cudem wyschło, ogarniam chałupę i tak mi płynie czas. Nie tęsknię za ludźmi. Nie tęsknię za pracą. Po siedmiu latach pracy z wrednymi, marudnymi i nastawionymi głównie roszczeniowo ludźmi mam ich serdecznie dość. Modlę się, żeby nasza sytuacja finansowa wyjaśniła się na tyle, żebym nie musiała wracać do pracy zaraz po macierzyńskim, bo tego nie przeżyję. Chciałabym jeszcze z rok posiedzieć na wychowawczym, a w między czasie rozejrzeć się za jakąś normalną, spokojną pracą, może nawet za mniejsze pieniądze, ale przynajmniej taką bez planów sprzedażowych, ciągłej nerwówki, wiecznej rywalizacji i zawiści ludzkiej. Boję się, że takie rzeczy to tylko w Erze i czegoś takiego, jak bezstresowa praca nie ma, ale ja już mam dość pracy w tym domu wariatów, jakim jest moja dotychczasowa praca.
A wy jakie macie plany? Zamierzacie wracać do pracy zaraz po urlopie?