Myślę, że nie ma co oszukiwac siebie i dziecka. Pamiętam jak Stas był jeszcze niemowlakiem płakał na spacerze. Nakarmiłam go, bujałam w wózku, huśtałam na rękach, przytulałam, spiewałam i nic. Nadal płakał. W końcu powiedziałam mu - zrobiłam wszystko co mogłam, niec nie działa, nie wiem co jeszcze mogę zrobić. Odłozyłam go do wózka i po chwili zasnął. Nie twierdze, że zrozumiał, ale chyba ja zrozumiałam, odpuściłam i pozwoliłam sobie na bezradność.
Kocham moje dzieci bezgranicznie. Ale kiedy np Staś wyje przez całą drogę do domu,(jakieś 15 minut) z powodu którego nie rozumiem, a on nie chce wyjaśnic o co chodzi, tylko chce wyć,to jestem wściekła, zniechęcona i przychodza mi do głowy głupie mysli, co nie zmienia mojej miłości do niego. Czasem nawet ryknę na niego, ale to chyba lepiej niz miałabym udawać, że jest cudnie.
I tez jestem panikarą. Gdybym miała poddac się swoim lękom, to bym chyba karmiła dzieci przez sondę. Ale poczytałam Korczaka, który za jedno z podstawowych praw dziecka uznał prawo dziecka do śmierci. I im więcej nad tym mysle, tym bardziej jestem przekonana, że to prawo nakazuje nam rodzicom pozwolic dziecku zyć, bez ograniczania go swoimi lękami. Co jest straszne :-) ale konieczne.
