reklama
Forum BabyBoom

Dzień dobry...

Starasz się o maleństwo, wiesz, że zostaniecie rodzicami a może masz już dziecko? Poszukujesz informacji, chcesz się podzielić swoim doświadczeniem? Dołącz do naszej społeczności. Rejestracja jest bezpieczna, darmowa i szybka. A wsparcie i wdzięczność, które otrzymasz - nieocenione. Podoba Ci się? Wskakuj na pokład! Zamiast być gościem korzystaj z wszystkich możliwości. A jeśli masz pytania - pisz śmiało.

Ania Ślusarczyk (aniaslu)

  • Masa kreatywności, czyli Farma Świeżości!

    Wskakuj na Farmę Świeżości i sprawdź propozycje dla dzieci 3-10 l. Jasne, że wskakuję.

    Nie zapomnijcie wziąć udział w konkursie Netto: Zdobądź nagrody!

reklama

Baby Blues i depresja poporodowa - warto rozmawiać

Paolaa07

Początkująca w BB
Dołączył(a)
11 Lipiec 2017
Postów
24
Ja mam obecnie taki kryzys jakbym cofnęła się o 3 miesiące wstecz ;(
Nie wiem co robić, mam już myśli, których się wstydzę...

Rozumiem, jeśli tylko masz kogo to koniecznie poproś o pomoc i wyjdz z domu. Tak właśnie, zostaw Go i wyjdź na parę godzin. Masz jak ściągnąć mleko, laktator? jeśli nie, a pozwalają Ci możliwości finansowe, to koniecznie kup. Jedne z lepiej wydanych pieniędzy w tym całym szalenstwie wyprawkowym.
 
reklama

Gagatka88

Zaciekawiona BB
Dołączył(a)
4 Grudzień 2016
Postów
59
Dziękuję... ale mam laktator... mam też z kim zostawić dziecko... ale wyjście na 2h w tą szarugę niczego nie zmienia. W niczym mi nie pomaga. Chodzę ze ściskiem w żołądku, myśląc, że muszę wrócić.
Boję się wieczorów, samotnego usypiania w nocy, czasami godzinami... nerwowego nasłuchiwania, wchodzenia "na palcach" do łóżka, wychodzenia z niego po 5 minutach, zastanawiania się o co mu tym razem chodzi. Mam dosyć wrzasku, noszenia go, pieluszek, grzechotek. Boję się kolejnego samotnego dnia w mieszkaniu, jestem z nim ciągle. Bo muszę... co z tego, że mam partnera, który mnie wspiera, namawia do wychodzenia z domu, który gotuje obiady i robi zakupy, który zajmuje się małym, gdy wraca z roboty, który mnie kocha?... Co z tego?
Mam wyjść na 2h i jarać się tym, że zdążyłam dojść do końca dzielnicy?
To ja muszę z nim być prawie cały dzień od rana, to ja muszę wstawać do niego w nocy, to ja go usypiam, to ja wiem czego mu potrzeba, co trzeba mu kupić, to ja wiem kiedy srał, a kiedy nie i kiedy trzeba go nakarmić. To mój każdy dzień wygląda tak samo. Każdy...
To ja mam rozwalony kręgosłup, kolana, rozciągnięty brzuch, nadwagę i rozstępy.
Jestem załamana i mam dosyć...

Gdybym mogła cofnąć czas... i tu moje myśli są najgorsze... w tym miejscu zaczynam się wstydzić najbardziej... bo leży na moich kolanach i śpi malutki słodki chłopczyk, który uśmiecha się na mój widok, gdy lekko się przebudzi... a ja siedzę i ryczę, bo jedyne co mi huczy w głowie to poczucie winy i żal , że temu niewinnemu, wspaniałemu bąblowi trafiła się taka matka jak ja...

O... 5 minut... już po uroczej sielance... znów wrzask... wrzask... wrzask... i wrzask...

Dziś mam ochotę zasnąć i nigdy się nie obudzić...
 
Ostatnia edycja:

Paolaa07

Początkująca w BB
Dołączył(a)
11 Lipiec 2017
Postów
24
Gagatka88 minęło parę dni i jak się macie? Może jest choć odrobinę lepiej? Powiem Ci tak.. Ja, co prawda nie zdarza się to często, ale staram się wychodzić z domu kiedy tylko mam okazję. Sama. I tak nawet jaram się wyjściem samotnym do sklepu bo nie lecę z wózkiem między półkami na złamanie karku tylko mogę zwyczajnie tak na spokojnie pochodzić... I ciesza mnie takie oddechy. Nie skupiaj się tylko na tym, że zaraz musisz wrócić bo rzeczywiście można oszalec... Poszukaj pomocy.
Dziękuję... ale mam laktator... mam też z kim zostawić dziecko... ale wyjście na 2h w tą szarugę niczego nie zmienia. W niczym mi nie pomaga. Chodzę ze ściskiem w żołądku, myśląc, że muszę wrócić.
Boję się wieczorów, samotnego usypiania w nocy, czasami godzinami... nerwowego nasłuchiwania, wchodzenia "na palcach" do łóżka, wychodzenia z niego po 5 minutach, zastanawiania się o co mu tym razem chodzi. Mam dosyć wrzasku, noszenia go, pieluszek, grzechotek. Boję się kolejnego samotnego dnia w mieszkaniu, jestem z nim ciągle. Bo muszę... co z tego, że mam partnera, który mnie wspiera, namawia do wychodzenia z domu, który gotuje obiady i robi zakupy, który zajmuje się małym, gdy wraca z roboty, który mnie kocha?... Co z tego?
Mam wyjść na 2h i jarać się tym, że zdążyłam dojść do końca dzielnicy?
To ja muszę z nim być prawie cały dzień od rana, to ja muszę wstawać do niego w nocy, to ja go usypiam, to ja wiem czego mu potrzeba, co trzeba mu kupić, to ja wiem kiedy srał, a kiedy nie i kiedy trzeba go nakarmić. To mój każdy dzień wygląda tak samo. Każdy...
To ja mam rozwalony kręgosłup, kolana, rozciągnięty brzuch, nadwagę i rozstępy.
Jestem załamana i mam dosyć...

Gdybym mogła cofnąć czas... i tu moje myśli są najgorsze... w tym miejscu zaczynam się wstydzić najbardziej... bo leży na moich kolanach i śpi malutki słodki chłopczyk, który uśmiecha się na mój widok, gdy lekko się przebudzi... a ja siedzę i ryczę, bo jedyne co mi huczy w głowie to poczucie winy i żal , że temu niewinnemu, wspaniałemu bąblowi trafiła się taka matka jak ja...

O... 5 minut... już po uroczej sielance... znów wrzask... wrzask... wrzask... i wrzask...

Dziś mam ochotę zasnąć i nigdy się nie obudzić...
 

Gagatka88

Zaciekawiona BB
Dołączył(a)
4 Grudzień 2016
Postów
59
Minęło prawie 6 miesięcy. Bywa lepiej. Czasami jest przez dłuższy czas. Przez to obiecuję sobie powrót do życia, odpycham wizytę u psychiatry, na którą nalega mój partner.
Jeśli któraś z Was po tak długim czasie czuje się nadal tak jak ja i nie karmi piersią - nie zastanawiajcie się, idźcie po pomoc. Ja jeszcze chcę skończyć karmienie piersią.
Moje dni mijają, a ja czekam tylko aż minie kolejny. Synka kocham, jest wspaniały. Ale nie cieszy mnie macierzyństwo. Czuję się zamknięta w małym mieszkaniu między maleńkim korytarzykiem, a małą kuchnią. Nie czuję się wcale spełniona, jak inne kobiety. Mam wrażenie, że pomimo ogromu pracy, mimo tak wielkiej wagi tego co robię (wychowuję swojego syna! to najważniejsze co w życiu zrobię!) to nie robię nic. Dni przelatują mi przez palce. Nie mogę się rozwijać, cieszyć życiem, wolność została mi odebrana. Pieluchy, dyndanie dziecka, karmienie, podcieranie, zabawa, lulanie, pranie - praca non-stop, bo mój syn jest nieodkładalny. A mimo to czuję jakby kolejny dzień minął, a ja znów nie zrobiłam nic.
Nie, wcale nie schudłam po ciąży - mimo ćwiczeń, racjonalnego żywienia, karmienia piersią. Przeciwnie. Przytyłam. Mam 20 kg nadwagi, bo nie mogę leczyć moich kilku chorób endokrynologicznych przy KP. Mój brzuch wcale się nie wciągnął. Wisi flakiem aż do uda, cały poprzecinany fioletowymi rozstępami. Moje poczucie atrakcyjności nie istnieje. Seks nie istnieje.
Facet ucieka w porno, po kryjomu, a mi łamie się serce. Mam wrażenie, że jego próby bliskości są z litości, z poczucia powinności. Wiem, że mnie kocha, bo ma dla mnie morze czułości na codzień, walczy o mnie, pomaga jak może, jest zaangażowany w bycie przy mnie, w opiekę nad małym i o wszystkim rozmawiamy, mamy wielkie plany na przyszłość, o które on walczy jak lew. Mimo to coraz częściej myślę, że przecież, jak nie teraz, to za kilka lat i tak mnie zostawi. Dla piękniejszej, wesołej, wyzywającej. Tak, taki mam mrok w głowie. Nie myślę o nim źle. Do niedawna jeszcze byłam 100% przekonana, że my jesteśmy wyjątkowi, on jest wyjątkowy, a nasza miłość przetrwa wszystko, umrzemy razem, starzy. To przekonanie bylo jak skała. Ale czy wszystkie pary nie mają takiego przekonania? Co jeśli nasza historia potoczy się jak setki innych? ... bo ja już jestem przegrana. Mnie już nie ma. Dawna ja to przeszłość. Umarłam.
Chciałam jeszcze zrobić tyle rzeczy - wszelkich... kursy, pisanie, doszkalanie, spełnianie się artystycznie. Na nic już nie ma czasu ani możliwości. I już nie będzie. Za pół roku na szczęście wracam do pracy. Jednak wtedy to dopiero będzie gonitwa. Ja w tym wszystkim już gdzieś zniknę.
Pewnie niejedna osoba pomyśli, że jestem egoistką i że to czego mi brakuje to pierdoły, a ja mam złą hierarchię wartości.
Ale ja dbam o moje dziecko, trzęsę się nad nim, robię wszystko żeby był szczęśliwy i dobrze wychowany. Jest najważniejszy. NAJWAŻNIEJSZY. Poświęcam mu cały mój czas i ten czas nie jest dla mnie przykrą koniecznością... nie, nie... to nie tak... to już minęło. Ja po prostu chyba należę do tych kobiet, które jeszcze chcą samo-istnieć mimo wszystko. Które chciały od życia więcej. Może za dużo. Może po prostu nie nadaję się na matkę.
Więc jeśli są tu jakimś dziwnym trafem kobiety, które dzieci jeszcze nie mają... i które się wahają, bo czują że to nie dla nich. Tak, to możliwe. Nie wszystkie jesteśmy stworzone do posiadania dzieci i nie dajcie sobie tego wmówić.
 

żabs

Fanka BB :)
Dołączył(a)
18 Styczeń 2014
Postów
443
@Gagatka88
Bardzo mi przykro, że przez to przechodzisz.
Problem z partnerem i z wyglądem... cóż, to musisz sobie w głowie poukładać, bo tam to wszystko się rozgrywa. Tutaj chyba nie pomogą niczyje słowa, więc ja też nie będę się wymądrzać, ale odniosę się do jednej kwestii, o której piszesz.
Ja po prostu chyba należę do tych kobiet, które jeszcze chcą samo-istnieć mimo wszystko
Nie mogę się powstrzymać, żeby Ci nie napisać, że nie znam żadnej matki, która nie chce "samoistnieć", jak to ujęłaś. Ale to na marginesie.
Piszesz, że się trzęsiesz nad dzieckiem, że ono jest najważniejsze, a potem piszesz o tym samoistnieniu. A może to jest klucz, może musisz zrozumieć, że jesteście jednakowo ważni? Że nie ma powodu się trząść? Że możesz robić coś dla siebie?

Na nic już nie ma czasu ani możliwości. I już nie będzie.
Oczywiście nie wiem na co chciałabyś mieć czas i możliwości, bo o tym nie piszesz, a ja Cię nie znam. Ale zapewniam Cię, że ten problem też jest głównie w Twojej głowie.

Nie znam przepisu na pozytywne nastawienie, na pogodzenie się z sytuacją. Wiem, że mam ogromne szczęście, że udało mi się wyjść z więzienia, jakim po urodzeniu 1. dziecka stał się mój umysł. I wiem, że każda historia jest inna, że czasem bez wizyty u specjalisty się nie da.

Ale pozwól, że napiszę Ci, że teraz mam 2 dzieci. Córka 13 m-cy przeżywa lęk separacyjny, cały dzień boi się mojego wyjścia z domu (pracuję po południu), więc gdy jestem w domu praktycznie nie schodzi mi z rąk. Pogodziłam się z tym, bo wiem, że jej to minie. A mimo tego jej przylepctwa, robię mnóstwo rzeczy z myślą o sobie i dla siebie - pracuję, wychodzę towarzysko, czytam, wyjeżdząmy. Za to mało sprzątam i gotuję, ale doba faktycznie jest za krótka, a takie priorytety pozwalają mi cieszyć się życiem i macierzyństwem.

Nie piszę, żeby się pochwalić, ale żeby dać Ci nadzieję, bo kiedyś czułam cżęść tego, co Ty teraz i nie widziałam przed sobą światełka, ale to minęło.

W każdym razie nie jesteś sama. Trzymam za Ciebie kciuki
 

Gagatka88

Zaciekawiona BB
Dołączył(a)
4 Grudzień 2016
Postów
59
@żabs - Dziękuję, że poświęciłaś chwilę, aby to napisać. Już po raz drugi Twój post jakoś daje mi nadzieję, że ktoś już był tam gdzie ja i wyszedł z tego miejsca. Żyje i jest szczęśliwy. Piszesz mądrze i od serca. Jesteś obcą osobą, ale bardzo to doceniam.
Niewykluczone, że będę musiała zasięgnąć pomocy specjalisty. Opuściła mnie nadzieja, chęć, wiara. Nie mam poczucia własnej wartości, a za to milion tajemnic przed całym światem. Tajemnice o tym co dzieje się w mojej głowie, w domu nocą gdy jestem sama z dzieckiem, co się dzieje w moim związku.
Mam lęki, strach, paranoje...
Taka to Matka Polka ze mnie...
 
Dołączył(a)
2 Styczeń 2018
Postów
2
Gagatka...dziękuję, że zaczęłaś ten wątek. Od kilku dni szukałam historii innych kobiet, które zmagały lub zmagają się z baby blues. 19. grudnia urodziłam ślicznego chłopca. Próbowałam siłami natury ale niestety los potoczył się inaczej. Moje skurcze były za słabe i wpompowali we mnie litry oksytocyny razem ze środkami przeciwbólowymi. Później okazało, że Mały jest ułożony twarzą do mojego brzucha i na nic zdały się moje parcia. Po wielu godzinach zdecydowali, że urodzi się poprzez cesarke. Pamiętam jak usłyszałam jego pierwszy krzyk jak wyciągnęli go z mojego brzucha: rozplakalam sie ale nie pamiętam dokładnie czy że wzruszenia, miłości czy z ulgi. Byłam kompletnie wykończona i odurzona. Położyli mi go po kilku minutach przy twarzy, kiedy leżałam krzyżem na stole z otwartym brzuchem. Nie umiałam pojąć, że to moje dziecko.
Po 30 minutach wszyscy byliśmy razem: ja, Mały i mój partner. Przystawili mi nagie dziecko do piersi ale ja byłam tak zdretwiała, że nawet nie skupilam się na momencie kiedy po rz pierwszy ssal moja pierś. Ogólnie mało pamiętam z tego momentu.

Jak tylko sobie przypomnę moje myśli z czasów ciąży kiedy myślałam o naszym pierwszym spotkaniu i płakałam ze wzruszenia... Mogłam niemal czuć ten ogrom miłości, który wyleje się na Jego widok.

Niestety to się nie wydarzyło a ja poczułam przerażenie, że coś jest ze mna nie tak. Z całej siły próbowałam doznać ten ekscytacji ale jakoś nie mogłam.

Pierwsze dwa dni po porodzie spędziliśmy w szpitalu. To było jak jakiś dziwny sen: ja nieruchoma na morfinie po dość inwazyjnej operacji, której nie planowałam...Mały taki bezbronny, ale spokojny. Pielęgniarki i mój partner zmieniali mu pieluszki, zajmowali się nim a ja zupełnie nie miałam nic przeciwko. Cieszyłam się w sumie, że nie muszę się ruszać. Lubiłam patrzec jak się nim zajmują ale nie miałam wewnętrznej potrzeby przejąć sterów.

Po powrocie do domu mieliśmy pomoc pielęgniarki przez 8 dni (taki jest standard tu gdzie mieszkam). Obca kobieta zajmowała się moim synem w ciągu dnia. Na jego płacz reagowala szybciej niż ja. Ja nie miałam pojęcia jak się nim zajmować. Jak wychodziła to ogarniał mnie smutek, niepewność i przerażenie. Zaczynałam płakać i płakałam przez godziny. Byłam zwyczajnie nieszczęśliwa. Zastanawiałam się czy nie popełniłam błędu: może nie byłam gotowa? Czułam się jak w pułapce. Myslalam, ze jesli to potrwa dluzszy czas to wole umrzec. Nie moglam zrozumieć skąd we mnie tyle ciemności. Nie miałam żadnego realnego powodu żeby się tak czuć. Mały jest zdrowy, mój partner zaangażowany. Mamy stabilną sytuację finansową i mieszkaniową a do tego mieliśmy pomóc. Patrząc na mojego partnera, który już od pierwszej minuty życia naszego syna stał się super tatą, czułam ogromne poczucie winy i wstyd. Postanowiłam jednak na bieżąco go informować o swoich uczuciach i myślach. Był i jest wyjątkowo wyrozumiały.

Teraz Mały ma 15 dni a ja czuje się trochę lepiej. Już nie chce uciekac i umierac. Jestem opiekuncza i czuła wobec mojego syna. Ale jeszcze nie doświadczyłam tego napływu bezwarunkowej miłości. Mam nadzieję jednak, że jeszcze to nastąpi.

Mam wewnętrzną potrzebę zrozumieć dlaczego tak bardzo mnie to uderzyło: syntetyczna oksytocyna, nieplanowana cesarka? Moja nadwrażliwość na zmiany hormonalne?

Pozdrawiam i ściskam wszystkie młode mamy!
 
Ostatnia edycja:
reklama
Dołączył(a)
2 Styczeń 2018
Postów
2
Chciałabym jeszcze wspomnieć, że karmienie piersią bardzo mnie boli, więc muszę ściągać pokarm co jest niepraktyczne i zasmucajace...sprawia, że czuje się jeszcze gorsza matką...
 
Ostatnia edycja:

Podobne tematy

Do góry