Masakra. 3 lata starań, 2 straty i jest mój wymarzony synek. Piękny i zdrowy. A ja siedzę i płaczę. Nie radzę sobie z opieką nad nim. Przerasta mnie wszystko. Moje piękne, wysprzątane mieszkanie zmieniło się w pobojowisko. Wszędzie ręczniki papierowe, sterty prania, kurz. W pierwszej dobie w domu oboje z mężem płakaliśmy bo całe nasze życie stanęło na głowie. Od porodu minęło 9 dni a ja nadal nie potrafię się cieszyć. Mąż za 3 tyg. wraca do pracy a ja już płacze ze zostanę sama i sobie nie poradzę. Do synka wstaje 3 razy w nocy jestem ledwo żywa. To chyba baby blues, ale świadomość że wiem co mi jest w niczym mi nie pomaga. Miałyście podobnie? Kiedy to minie?