Mnie karmienie piersią udawało się tylko przez trzy pierwsze tygodnie życia mojego Kuby. Chociaż "udawało się" to za dużo powiedziane. Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że dla mnie karmienie piersią i ten niezrozumiały , wręcz szaleńczy nacisk na tzw. karmienie naturalne, było piekłem. Wiele czynników złożyło się na fakt, że z radością i ulgą przestawiliśmy się na butelkę. Mimo, że bardzo chciałam urodzić naturalnie, z powodu braku postępu porodu, skończyło się cesarskim cięciem i to z ogólnym znieczuleniem. Synka przystawiono do mojej piersi prawie dobę po urodzeniu (lekarz twierdził, że dzieci urodzone z narkozą przez długi czas mogą nie odczuwać głodu - a ja sądzę, że pielęgniarki podawały mu bez mojej wiedzy butelkę). Kiedy po raz pierwszy go przystawiłam, synek miał problem z "zassaniem się". Pielęgniarki sprawdzały technikę karmienia i było ponoć ok, ale Kuba całymi dniami był przy piersi, nie słyszałam odgłosu połykania, a przy każdej próbie odsunięcia go od piersi kończyło się straszliwym krzykiem. Nie miałam nawet chwili na umycie się, skorzystanie z toalety, przebranie w świeżą odzież, czy jedzenie. Po siedmiu dobach w szpitalu, gdzie uwzięto się na moje naturalne karmienie, miałam już tego wszystkiego serdecznie dość. Brodawki paliły żywym ogniem, Kuba cały czas darł się z głodu i prawie nie spał. Pokarm pojawił się u mnie dopiero po tygodniu od porodu, ale nie było żadnego "nawału", po prostu żółte zmieniło sie na białe a ilość... 30 ml z obu piersi podczas odciągania. Moja mama a przede wszystkim teściowa cały czas mnie strofowały, pouczały i kraciły, że źle to robię, nie potrafię, nie chcę. A ja niczego innego bardziej nie pragnęłam! Byłam co raz bardziej sfrustrowana, nie mogłam powstrzymać łez, a to z kolei powodowało brak pokarmu, co jeszcze bardziej mnie dołowało. I tak błędne koło trwało przez trzy tygodnie, póki nie trafiliśmy z Kubą do szpitala, bo synek wciąż tracił na wadze, chociaż był przy piersi okrągłe 24 godziny na dobę. W szpitalu mądrale w białych kitlach zrobili "badanie karmienia" i wyszło, że synek wyciąga z obu piersi znikomą ilość pokarmu. Zalecono dokarmianie na noc Nanem HA 1, ale w dzień w dalszym ciągu zmuszano mnie do karmienia piersią. Po zjedzeniu pierwszej butelki (90 ml mleka!!!) synek po raz pierwszy w swym życiu zasnął i spokojnie przespał dziewięć godzin! Ale w dzień w dalszym ciągu trwała gehenna. Panie pielęgniarki uśmiechały się tylko widząc Kubę non stop przy mojej piersi. Jaki głodomor - twierdziły. W końcu synek zaczął troszkę przybierać na wadze i wypisano nas z oddziału. Jeszcze w szpitalnej aptece zakupiłam puszkę mleka i wszystkie akcesoria potrzebne do karmienia tzw. "sztucznego".
Owszem, początkowo czułam się winna. Ale to głównie babcie Kubusia wpędzały mnie w to straszne, upokarzające poczucie winy. Gdyby nie wsparcie męża i przyjaciółki, być może skończyłoby się ciężką depresją albo czymś gorszym. Szybko jednak odzyskałam pewność siebie i radość z macierzyństwa, widząc jak Kubuś błogo zasypia na butelce i przesypia kilka godzin. Ja miałam więcej czasu dla siebie, na odpoczynek, naukę (wciąż studiuję), rozmowę z mężem, wypad na zakupy, a nawet kawę u przyjaciółki. Jeśli chodzi o mycie butelek i takie tam trudności, to jest to - moim zdaniem - żadna trudność. Nauczyłam robić mleko na wpół śpiąc, a jeśli ja nie mogę tego zrobić, to mam jeszcze męża, który doskonale robi to za mnie. W nocy Kuba już zresztą nie budzi się od dawna. W czasach gotowych mieszanek bez konieczności gotowania, zrobienie mleczka zajmuje pół minuty. Wreszcie mogę cieszyć się z bycia matką i tą szczególną więzią, która łączy mnie i mojego synka nie tylko w czasie jedzenia.
Nie rozumiem, skąd taka zawziętość u propagatorów naturalnego karmienia? Dlaczego w naszym społeczeństwie popada się od skrajności w skrajność? Słyszałam wiele na temat traktowania "butelkowych mam" przez lekarzy, położne czy pielęgniarki środowiskowe. Każdy ma prawo zapytać o to czy karmię naturalnie, a jeśli odpowiedź brzmi negatywnie, to słyszę "no jak to?!", czuję na sobie oskarżycielskie spojrzenia, jakbym krzywdziła swoje dziecko. A kogo to u licha obchodzi, jak karmię? To moja prywatna, osobista sprawa i niechaj nikt nie śmie tego oceniać. Koleżanka, która urodziła dziecko 2 i pół m-ca wcześniej zazdrości mi przespanych nocy, spokoju, czasu i wolności. Po czterech miesiącach nieprzespanych nocy zrobiłaby wszystko, by przejść na butelkę, ale jej syn ani myśli o ssaniu z butelki. Mam też porównanie jeśli chodzi o lansowany wszędzie pogląd, że dzieci karmione piersią są zdrowsze i mniej chorują - ale póki co - i niech tak zostanie - mój Kuba tylko raz był lekko przeziębiony, podczas gdy syn koleżanki ma za sobą biegunki, zapalenie układu moczowego, poważne przeziębienia itp. Tak więc Mamy Butelkowe - nie dajmy się pogrążyć! My także dajemy naszym dzieciom to co najlepsze, a przede wszystkim dajemy im tyle samo miłości i ciepła, co każda matka, a może nawet więcej - wciąż podświadomie starając się wynagrodzić naszym pociechom braku dostępu do piersi.
Pozdrawiam wszystkie mamy i życzę im powodzenia, jakkolwiek karmią swoje dzieci!
Owszem, początkowo czułam się winna. Ale to głównie babcie Kubusia wpędzały mnie w to straszne, upokarzające poczucie winy. Gdyby nie wsparcie męża i przyjaciółki, być może skończyłoby się ciężką depresją albo czymś gorszym. Szybko jednak odzyskałam pewność siebie i radość z macierzyństwa, widząc jak Kubuś błogo zasypia na butelce i przesypia kilka godzin. Ja miałam więcej czasu dla siebie, na odpoczynek, naukę (wciąż studiuję), rozmowę z mężem, wypad na zakupy, a nawet kawę u przyjaciółki. Jeśli chodzi o mycie butelek i takie tam trudności, to jest to - moim zdaniem - żadna trudność. Nauczyłam robić mleko na wpół śpiąc, a jeśli ja nie mogę tego zrobić, to mam jeszcze męża, który doskonale robi to za mnie. W nocy Kuba już zresztą nie budzi się od dawna. W czasach gotowych mieszanek bez konieczności gotowania, zrobienie mleczka zajmuje pół minuty. Wreszcie mogę cieszyć się z bycia matką i tą szczególną więzią, która łączy mnie i mojego synka nie tylko w czasie jedzenia.
Nie rozumiem, skąd taka zawziętość u propagatorów naturalnego karmienia? Dlaczego w naszym społeczeństwie popada się od skrajności w skrajność? Słyszałam wiele na temat traktowania "butelkowych mam" przez lekarzy, położne czy pielęgniarki środowiskowe. Każdy ma prawo zapytać o to czy karmię naturalnie, a jeśli odpowiedź brzmi negatywnie, to słyszę "no jak to?!", czuję na sobie oskarżycielskie spojrzenia, jakbym krzywdziła swoje dziecko. A kogo to u licha obchodzi, jak karmię? To moja prywatna, osobista sprawa i niechaj nikt nie śmie tego oceniać. Koleżanka, która urodziła dziecko 2 i pół m-ca wcześniej zazdrości mi przespanych nocy, spokoju, czasu i wolności. Po czterech miesiącach nieprzespanych nocy zrobiłaby wszystko, by przejść na butelkę, ale jej syn ani myśli o ssaniu z butelki. Mam też porównanie jeśli chodzi o lansowany wszędzie pogląd, że dzieci karmione piersią są zdrowsze i mniej chorują - ale póki co - i niech tak zostanie - mój Kuba tylko raz był lekko przeziębiony, podczas gdy syn koleżanki ma za sobą biegunki, zapalenie układu moczowego, poważne przeziębienia itp. Tak więc Mamy Butelkowe - nie dajmy się pogrążyć! My także dajemy naszym dzieciom to co najlepsze, a przede wszystkim dajemy im tyle samo miłości i ciepła, co każda matka, a może nawet więcej - wciąż podświadomie starając się wynagrodzić naszym pociechom braku dostępu do piersi.
Pozdrawiam wszystkie mamy i życzę im powodzenia, jakkolwiek karmią swoje dzieci!