No to jak idzie jednym ciągiem, to ja też się dorzucę

W środę 17.06 po KTG u mojego gina zostałam skierowana do szpitala z powodu skaczącego tętna. Lekarz oznajmił mi, że do porodu mnie nie wypuści, bo za dużo ryzykujemy. No i tak sobie w szpitalu do piątku pokulałam. W piątek rano podłączyli oksytocynę, żeby test zrobić. Zapis wychodził elegancki, jak chyba nigdy wcześniej.
Skurcze się pisały konkretne, bo się lekarze dziwili, dlaczego nic nie czuję

A ja faktycznie nie czułam nic, poza uczuciem, jakby mi ktoś co chwilę wtłaczał powietrze do brzucha... jak nadmuchiwany balon

Pomyślałam sobie "o nie! ja tu cały weekend leżeć nie zamierzam bez sensu... pochodzę po schodach itp. żeby podtrzymać skurcze i w nocy mam zamiar urodzić".
Z moich planów nie wyszło nic, skurcze osłabiały się, aż koło 1 w nocy zdechły całkiem. No i weekend w szpitalu

W poniedziałek znowu test oxo. Już się nie nastawiałam, pogodziłam się przez weekend, że poleżę tu jeszcze ze 2 tygodnie, aż urodzę.
Podłączyli KTG, po chwili podali oxytocynę i sobie leżałam, nie czując znowu żadnych bóli. Co chwilę przychodzili jacyś lekarze, oglądali zapis i wychodzili, oczywiście nie informując mnie o niczym. Wkońcu przyszedł i mój lekarz. Popatrzył na zapis, pokręcił głową, spojrzał na mnie z troską i powiedział, że dobrze nie jest i choć tragicznie też nie, to nie ma co ryzykować tych skakanek tętna i mam się mentalnie szykować na cesarkę.
Potem przyszedł inny lekarz, wytłumaczył mi wszystko z tym skaczącym tętnem i zapytał, czy wyrażam zgodę na cięcie. Oczywiście się zgodziłam. Wtedy odłączyli oksytocynę i kazali przygotować mnie do operacji położnej. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że za 10 minut będę chciała ją zabić...
Położna dostała mało czasu na przygotowanie mnie do operacji, przez co spanikowna latała w tą i spowrotem, siejąc panikę na oddziale, co najmniej jakbym umierała. Mnie się udzieliło, bo w międzyczasie wpadł lekarz zerknąć na ktg, pod którym nadal leżałam i mówi "ooo jakie tu piękne skurcze się piszą.. gdyby nie operacja, to może sama by pani dziś urodziła". No w sumie to czułam taki dziwny ból brzucha, ale myślałam że to ze strachu

Położna-Panikara kazała mi ubierać koszulę szpitalną, a ja miałąm kroplówkę, więc nie ubrałam. Po chwili wróciła i darła się na mnie, że jej nie ubrałam. Więc ja darłam się na nią, że nie jestem Copperfieldem i nie dam rady ubrać koszuli przez pałąk z kroplówką. Potem zakładała mi cewnik. Masakra! Co włożyła ten wężyk, to go wyjmowała i się darła, że ciemno, że nic nie widzi. A mnie wykręcało na tym łóżku, więc wkońcu się znowu wydarłam na nią "wkładaj pani ten cewnik, dobrze pani wkładasz, bo czuję się jak przy zapaleniu pęcherza". No to włożyła. Potem czekałam, aż zlecą kroplówki, piłam jakieś świństwo... Z jednej strony wszystko działo się szybko, z drugiej leciały mi łzy z bólu przez ten cewnik cholerny i ze strachu. Potem wpadła położna jakaś z wózkiem i pojechałyśmy na salę operacyjną. Byłam jak skołowana. Kazali usiąść na brzegu tego opercyjnego wyra, anastezjolog zrobił wywiad, kazał wygiąć się w pałąk, jakaś pielęgniarka mnie docisnęła łokciami i głową własną do łóżka... poczułam ukłucie, syknęłam sobie na zapas

Na to lekarz, że już nic więcej nie poczuję... i wtedy jak mnie nie rypnął nerw w nodze! Jakby mi ktoś wylał wrzątek na nogę i do tego podskoczyła mi sama do góry. Ja na to "o jezu!", lekarz "co się dzieje", ja, że nerwoból złapał. On cośtam zaczął opowiadać śmiesznego, żeby mnie uspokoić i wtedy rypnęło znowu. Aż zawyłam głośno (podobno mój Misiek, będący za drzwiami, chciał wpaść i komuś natłuc

). Ten drugi nerwoból poszedł mocniej, bo omal nie kopnęłam się podskakującą nogą w czoło. Ale już było po wszystkim i kazali się kłaść. Poczułam ciepełko i ciężko w palcach stóp, potem całe stopy, łydki... i dalej już nic. Miałam wrażenie, że mi tylko nogi do kolan znieczuliło. Anastezjolog podchodzi, szczypie mnie w brzuch i pyta, co czuję. Ja, że szczypanie. No to czekamy dalej. No i potem już nie sprawdzał, a tu już ubrani do operacji lekarze stają mi nad brzuchem, pielęgniarki zakładają tą ceratę, cobym nic nie widziała... No więc ja spanikowana, że pewnie nadal nie jestem znieczulona i już się szykuję do krzyku, w razie czego. Zamknęłam oczy i czekam... czekam... czekam. Wkońcu zniecierpliwiona zerkam w te magiczne lampy, co w nich wszystko widać

Patrzę, a ja pocięta już i coś mi tam majdrują

No to się uspokoiłam, zamknęłam oczy i czekam na krzyk Boryska. Poszło szybko i sprawnie, o 11.55 usłyszałam krzyk, rozryczałam się i było mi już wszystko jedno :-)
Położyli mi Małęgo na chwilkę przy twarzy, pozwolili poklepać ręką.... Ależ ja byłam szczęśliwa!!!!
Później poszyli, przerzucili na łóżko i zawieźli na dłuugie godziny na pooperacyjną. Miałam tam leżeć do następnej doby, aż mnie zwiozą na noworodki.
Nie bolało mnie właściwie nic, poza nogą. Jak zeszło znieczulenie, ciągle czułam nerwoból i noga mi drgała

W związku z czym 4 godziny po operacji odwalałam pozycje jogi, coby móc sobie masować stopę, bo tam bolało najbardziej

Rana nie bolała właściwie wogóle, tylko troszkę czułam taki jakby ucisk.
Tak przeżyłam noc, bez snu, bo noga nie pozwoliła zasnąć. A rano na noworodki.
Marzyłam o zdjęciu cewnika, więc od razu ruszyłam pod prysznic i się załtwić. Położne podziwiały mnie za szybkie dojście do siebie. Dobrze, że nie wiedziały, że to cewnik mnie tak zmotywował

Po godzinie przywieźli mi Boryska.
Do końca życia będę powtarzać, że
wtedy mój świat się skończył i zaczął od nowa! Kosmos!
A nerwoból w nodze trzyma do dzisiaj. Na szczęście przechodzi :-) i teraz już tylko swędzi

Z całego porodu najgorzej wspominać będę cewnik i ten niesczęsny ból nogi. Ale przeżyłabym to jeszcze raz dla takiego Szczęścia

:-)
Rozpisałam się

Sorry
