Cześć, pisze z problemem bo potrzebuje spojrzenia na sytuacje z boku, nie mogę dogadać się z narzeczonym. Jestem zaraz na półmetku ciąży. Mój narzeczony pochodzi z biednego domu, nam teraz lepiej się wiedzie, a u nich bieda nie była spowodowana brakiem pracy tylko nieumiejętnością wydatkowania pieniedzy. Teściu większość wypłaty przepija (nie pije dzień w dzień, ale często łapie chęć i kilka dni pije i cyk pieniedzy nie ma) teściowa utrzymuje dom (zarabia dobrze, ok 4-5tys, co prawda połowa z tego idzie na jej pożyczki ktore nie wiadomo na co były brane) w domu jest jeszcze 2 nastoletnich braci. Mieliśmy ze względu na dziecko zamieszkać tam bo jest tam więcej miejsca, jednak zdecydowałam ze wole być na mniejszym z moimi rodzicami żeby odłożyć pieniądze na swoje (narzeczony jest tylko na weekendy) a jednocześnie miałabym pomoc przy dziecku, u niego niestety nie miał by kto pomoc a do miasta po zakupy by trzeba było jeździć a nikt nie ma tam prawa jazdy oprócz nas, dochodzi jeszcze kwestia ze żeby tam zamieszkać z dzieckiem trzeba zrobić generalny remont od ocieplenia po dach. Narzeczony bardzo pomagał młodszemu rodzeństwu co jego rodzice zaczęli wykorzystywać, na początku było to kupienie butów, jakiś ciuchów itp, potem remont pokoju bo przecież rodzeństwo nie może tak żyć a rodzice nie zrobią, zakup nowego pieca żeby nie było zimno bo rodzenstwo, a jego rodzice się cieszą bo on powoli wydaje majątek na remont domu a oni maja wszystko pod nos podsunięte, jeszcze żeby teściowa chciała przepisać na nas dom to był słowem nie podjęła tylko inwestowała tam, ale niee, wkładajcie kasę a nic nie dostaniecie. To nie tak ze ja coś od nich chce, tylko ze my teraz sami zaczynamy tworzyć rodzine i lepiej chyba zamiast wkładać w coś co nigdy nie będzie do nas należeć to odłożyć na swoje mieszkanie? Teraz poszła u teściów instalacja elektryczna w połowie domu, jakby chcieli to by to zrobili i założyli nowa, ale po co, wiedza ze poczekają a narzeczony im to zasponsoruje ze wgledu na rodzenstwo. Mam już powoli tego dość, sami za niedługo powitamy dziecko, a ja muszę liczyć na pomoc moich rodziców którzy naprawdę dużo nam pomagają. Narzeczony czuje się w jakiś sposób aż za bardzo odpowiedzialny za młodsze rodzenstwo (17lat). Nie wyobrażam sobie ze będziemy wyliczali naszemu dziecku bo przecież trzeba tam wymienić dach a teściowie nie umieją odłożyć tylko wydają na pierdoly. My niczego nie mamy, nie możemy odłożyć nic dla siebie na czarna godzinę czy na wkład własny do mieszkania bo tam zawsze coś znajdzie się do roboty czy coś co trzeba kupić. Ja rozumiem pomoc w podbramkowych sytuacjach ale nie finansowanie i utrzymywanie młodszego rodzeństwa i remontowanie tamtego domu gdy my sami przez to nic nie mamy bo teściowie nie umieją gospodarować pieniędzmi. Powiedzcie mi dziewczyny czy to ze mną jest coś nie tak i zle myśle? Narzeczony cały czas twierdzi ze robi to nie dla rodziców tylko dla rodzeństwa, tylko ze przecież chyba tym samym daje się wykorzystywać rodzicom którzy nie musza się o nic martwić bo on przecież da? Czy w tej pomocy nie powinno postawić się jakieś granicy i zacząć myśleć tez o nas a nie tylko o nich?