Mam za sobą taką historię: dwoje fajnych planowanych dzieci, z 2010 i 2014r. W 2016 byłam w trzeciej ciąży, równo dwa lata temu. Jak powiedziałam rodzicom, matka się spytała " czy nie da się z tym czegoś zrobić?". Podobno praktykująca katoliczka. No i awantura, ze jesteśmy niepoważni, że pomagać nie będą, że to moje widzimisię mieć trzecie dziecko. W końcu w 8 tygodniu ciąze poroniłam, był szpital, zabieg łyżeczkowania. matka tak się przejęła, że przyjechała z sanatorium.
A teraz znów II kreski na teście z 8 marca. Czy coś zrozumieli, czy będa wsparciem?
A guzik. Właśnie od nich wracam. Gdy zasugerowałam, że chciałabym być w ciąży, nawymyśłali mi, tak, że odechciało mi się słuchać i okłamałam ich że w ciąży nie jestem. Nawet wywlekli to poronienie: że chciałam trzeciego dziecka, a Bóg (!!!) mnie pokarał.
No ale mam pełen ogląd sytuacji, jak na nich mogę liczyć. Dziecko urodzę, 31 marca wyznaczyłąm wizyte z USG. Tylko tak cholernie boli, to, co usłyszałam. Ręce mi opadają i muszę się tu wyżalić. Jak urodzę, będę miała 39 lat.
Jak Wy radziliście sobie z odrzuceniem przez rodzinę? Coś się zmieniło po narodzinach Waszego trzeciego (lub kolejnego) maleństwa? Pozdrawiam