Hej.....żyję. Już po wszystkim jutro do domku. Takiej rzeźni to ja chyba nie przeżyłam nigdy plus totalnie to wszystko niezorganizowane tak logistycznie żeby godnie jako kobieta to przechodzić. Chociaż pielęgniarki na prawdę ludzkie. U mnie było tak: pierwsze cytoteki dopochwowo o 22 drugie doustnie o 6 rano. dwa razy straciłam przytomność na korytarzu próbując dojść do łazienki. Kroplówy, ból jak porodowy tyle że ciągły koło 7 godzin bo zaczeło się koło 2 w nocy. Morze krwi i leżysz w tych brejach, bez bielizny, na podkładach i cały czas błagasz żeby zabezpieczyły materiał bo jesteś bezradna. Koło 10 urodziłam wszystko w całości w toalecie z mężem, bo nie mogłam sama chodzić. A potem skrobanka.....................ale już jest dobrze. Niestety warunki beznadziejne żeby np. była toaleta w pokoju, a nie cała we krwi lecisz przez korytarz na którym pełno mężczyzn i wracasz z płodem w nocniku przez ten korytarz. To nieludzkie. Mój mąż był w szoku choć nocy nie widział. Ponoć to wszystko było w normie i tak powinno wyglądać im więcej krwi tym się lepiej wyczyścisz