dzien dobry

pierwsza fajna sprawa, to nie mialam dzisiaj koszmarow w nocy... mimo, ze snil mi sie moj byly. jechalismy gdzies pociagiem i on wysiadl na chwile na jakiejs stacji, a ja sie denrwowalam czy zdąży wsiąść na czas... i wygladalo, ze mu sie nie udalo... duzo osob gonilo ten pociag, ale jego nie widzialam... za jakis czas sie okazalo, ze sie specjalnie dla zartu schowal. smial sie (tak pozytywnie) i wszystko bylo ok. a ja poczulam ulge, ze mnie nie zostawil. ze to tylko na chwilke go stracilam z oczu i przeciez nic sie nie stalo....
druga jeszcze fajniejsza sprawa, to moj Fąfelek jest glowa do dolu! jupi, nie bedzie cesarki... no przynajmniej nie z tego powodu.
teraz niefajne tematu. jeden nie przybieram na wadze, co przytuje 200 gram, to zgubie 300. od poczatku maja nie przytylam ani troche. dobrze, ze na poczatku ciazy troche nabralam cialka. brzuszek wyglada na to, ze rosnie. moze Fąfel zjada zapasy odlozone wczesniej na tylku i udach? nie mialam robionego usg, wiec nie wiem czy przybral on sam na wadze.
druga sprawa, to mi sie pojawilo bialko i leukocyty w moczu. czyli infekcja. ale mnie nic nie gnebi, zadne objawy, wiec moze zle oddalam mocz. i tej wersji chce sie trzymac, w poniedzialek powtorze wyniki.
no a teraz on. oczywiscie byla masa nerwow. pewnie po czesci z mojej winy, ale to on zaczal... chcial, zebym po niepo przyjechala po pracy i zabrala ze soba do lekarza. a niech sie sam pofatyguje!! inna bylaby rozmowa gdyby zapytal czy moge, czy chce. ech, egoista.
a na do widzenia mnie zastrzeli. jak sie rozstawalismy, to zaproponowal, ze sprzedamy samochod i ja dostane 2/3 wartosci, wczoraj mi pisze, ze moge dostac tylko polowe, i to pod warunkiem, ze auto pojdzie za okreslona cene. jak mu powiedzialam, ze nie taka byla umowa i ze sie na to nie zgadzam, to mi powiedzial, ze moge nic nie dostac, bo auto jest na niego i to on je teoretycznie kupil, a ja sie nie dokladalam do samochodu. jakie qtwa nie dokladalam, jak ciagle na cos dawalam pieniadze i ja placilam za nasze zycie, rozrywki, kosmetyki, ubrania, buty, etc...
anyway, wczoraj mi powiedzial, ze on zabierze felgi, a ja moge wziac samochod i zrobic z nim co zechce, sprzedac, jezdzic... i wiecie co - cos mi tu smierdzi. wydaje mi sie, ze cos kombinuje. spodziewam sie najgorszego prawde mowiac.
ambicja i duma mi podowidaja - niech sobie to auto zabiera i wsadzi w ... no. ale zdrowy rozsadek mowi, ze auto to auto. nie chce nim jezdzic (sama nie chce, kupilismy duze rodzinne dla naszej trojki), bo dla mnie jednej jest za drogie w utrzymaniu, ale faktycznie moge sprzedac i kupic cos malego dla mnie i dla Fąfelka... no ale kurde cos mi tu strasznie smierdzi... albo ruszylo go sumienie, albo cos kreci i bede miala z tego megaproblemy. ani jedna ani druga opcja mi sie nie podoba.
ok, wygadalam sie wstepnie