Oczywiście

jeśli moja historia komuś się przyda dlaczego nie. Zaczne szybko i w skrócie. W 19 dniu cyklu wyszedł mi pozytywny test ciazowy (1+2 tygodnie od zapłodnienia), na drugi dzień powtorzylam. Blada kreska. Zrobiłam termin do lekarza. Był on zaplanowany w dniu spodziewanej @ lub dzien po. Cykle miałam różne, wzięli standardowy cykl 28dni.
Pierwsza wizyta miała odbyć się w piątek (tydzień temu). Trafiłam do gin już dwa dni wcześniej (chyba 26 dzien cyklu) ponieważ zobaczyłam jasne plamy żywej krwi. Zrobił mi będę aby potwierdzić lub wykluczyc ciążę.
Wynik z 13.10 455 (potwierdził ciążę)
Wynik z 14.10 582 (chciał zobaczyć czy

). Powiedział mi, że jakby coś mnie niepokoiło mam iść na szpital albo sor. Tak zrobiła., po 4h odesłali mnie do domu.
14.10 przy odbieraniu wyników znów krew. Skierowanie do szpitala, na usg było,, coś,, widać w lewym jajniku albo jajowodzie (nie wiem gdzie bo ze stresu zapomniałam). Beta tego dnia wieczorem wzrosła do 670.
Do soboty przeleżałam w szpitalu sama jak palec, żaden lekarz u mnie nie był. W sobotę o 8 pobieranie krwi, kolejny raz o 11ej. W międzyczasie już podjęli decyzję o laparoskopi i usuwaniu jajnika z jajowodem. Powiedzieli że ma być beta co najmniej 1200 jeśli nie to stół operacyjny. Zażądałam usg przed wynikami. Beta była 1100. To,, coś,, okazało się na sobotę cystą. Do tego dawali mi dwa dni z rzędu zastrzyki przeciwzakrzepowe... Po nich rano i wieczorem sikalam krwią i plamiłam. Operacji odmówiłam. W poniedziałek zażądałam usg i badania krwi. Pokazał się pęcherzyk. Krwawienie zaczęło się od piątku (dzień miesiączki) do niedzieli. Brałam progesteron, magnez. Beta w poniedziałek 2049. Wtorek wypis do domu. Pęcherzyk jest w macicy.