Maje kochanie miało całkiem nietypową zachciankę, czyli ... BRZOSKWINIE!
Problem był niesamowity bo chęć na ten owoc rozpoczęła się w momencie gdy tych owoców nigdzie nie było (przynajmniej we wszystkich miasteczkach i wioskach w których byłem, a było tego sporo) czyli w Listopadzie.
Próbowałem wszystkiego: dżem z brzoskwiń, brzoskwinie w syropie, napój brzoskwiniowy i ... NIC. Moje kochanie chciało wbić zęby w ten soczysty owoc. Pomyślałem: "A może zamienić brzoskwinie na jakiś inny owoc?" I próby się zaczęły: jabłka, banany, kiwi, granaty, mandarynki, pomarańcze, grejpfrut i ... NIC. Dostawałem już takiej "schizy" że nawet w sklepie z ubraniami szukałem BRZOSKWIŃ, a w supermarketach przeszukiwałem skrzętnie wszystkie zakamarki stoisk owocowo-warzywnych czy czasem się pare nie uchowało, schowało, a może po rpsotu ich dobrze nie wyeksponowali.
Szukałem całe 4 miesiące i ... EUREKA! BYŁY! Kupiłem aż 6 żeby nie było za mało, bo może to tylko jedna dostawa a potem znowu nic. Wolałem dmuchać na zimne. Dobrze się w sumie złożyło że w sklepie byłem razem z moją Aneczką bo przynajmniej wiedziałem że nadal ma na nie ochotę.
Brzoskwinie poszły dość szybko bo w dwa dni, a ochota na nie wciąż była i o wcale nie zmniejszona, więc znowu zakupiłem (tym razem 8). Po 3 dniach znów ich nie było.
Teraz jest 2 dni od ostatniej brzoskwini. Anulanka o nich nie wspomina. Ale i tak je kupie: TAK NA WSZELKI WYPADEK. Chce być dobrym mężem... BĘDĘ! A może już jestem? ... Na pewno nie. Wciąż muszę się doskonalić.