witajcie. jestem tu nowa.
swoje Dzieciątko straciłam trzy miesiące temu.
nie była to planowana ciąża. z początku nie mogłam uwierzyć. byłam w szoku. nie chciałam tego dziecka. bałam się, że nie podołam obowiązkom, że będę złą matka. w dzieciństwie dużo chorowałam i bałam się, że dziecko będzie tak samo chorowite jak ja.
później jednak, gdy dotarło do mnie jakie szczęście mnie spotkało, uznałam, że co tam strach! obojętnie czy chore będzie, i tak będę je kochać.
zaczęliśmy z przyszłym mężem planować.
cudny czas, tyle planów, tyle szczęścia!
i wtedy pojawił się ból i plamienie...
nie podejrzewałam niczego złego, często mnie przecież coś bolało. jednak umówiłam się "na szybko" na wizytę.
słowa lekarza: "ciąża jest, ale płód jest za duży na 7 tydzień, wygląda na 9 ale i tak serce nie bije. przyjdź za tydzień i zobaczymy. ale ja bym nadziei nie miał."
świat zaczął mi się zawalać.
jednak karmiłam się nadzieja,ze może źle obliczył, źle zobaczył, że może serduszko nagle zacznie bić...
po tygodniu zawędrowałam do "mojego" lekarza. ma zupełnie inne podejście do pacjentek niż tamten. od razu zaznaczył, że również nie widzi bicia serca, ale może jeszcze się pojawić i mam przyjść za tydzień. przepisał mi coś na podtrzymanie ciąży i zastrzegł żebym jeszcze się nie poddawała i nie martwiła, że wszystko może się ułożyć.
kolejny tydzień żyłam nadzieją.
tamten dzień. czwartek. godzina 17. słowa "przykro mi" i pustka... nie wiem co było dalej, nie pamiętam jak trafiłam do samochodu. przyjaciółka, z którą jeździłam na wizyty znalazła mnie zapłakaną w samochodzie. miałyśmy rodzić w tym samym czasie.
pięć dni później byłam już po zabiegu usunięcia ciąży. opieka w szpitalu była bez zarzutu. wyrozumiali lekarze, silne pielęgniarki o współczującym spojrzeniu. dzień po zabiegu byłam już w domu.
tydzień "po" był koszmarem łez i bólu, ale musiałam nauczyć się udawać. przecież tego wymaga się od nas prawda?
"nie zdążyłaś się przyzwyczaić do dziecka"
"młoda jesteś będziesz mieć następne"
"nie załamuj się, życie toczy się nadal"
toczy się, owszem, ale jakim kosztem?
więc nauczyłam się udawać. na zewnątrz uśmiechnięta, wesoła, rozmowna jak nigdy. w środku wyłam z żalu.
znów zaczęły się epizody nerwicowe, paraliżujący ból, przez który nie jestem w stanie się ruszyć. kłopoty ze snem. utrata wagi, a ledwo co udało mi się odbudować kg sprzed lat.
nie jestem w stanie już udawać, że wszystko jest ok. czuję jakby coś od środka rozrywało mnie na kawałki. często śnię o naszym Maleństwie, a po przebudzeniu ta pustka, to, że go nie czuję pod sercem mnie dobija.
dlatego piszę do Aniołkowych Mam:
jak radziłyście sobie ze stratą?
gdzie szukałyście pomocy?
czy korzystałyście z pomocy specjalistów?
po jakim czasie udało Wam się znów normalnie żyć?
co byście mi doradziły?
dziękuję Wam za przeczytanie tego chaosu myśli i uczuć. po raz pierwszy o tym mówię