Hej Kwieciste!
Widzę, że większość z nas miała noc do bańki. Niestety pogoda nie dość, że zniechęca do życia, w kościach łamie, to jeszcze sen odbiera : (
Mnie już od paru dni ogarnął marazm, a właściwie to nicnieróbstwo. Czuję się i zachowuję jak zwierz w zimowym śnie, albo wampir (bo życie zaczynam o zmroku). A może jestem jednym i drugim/???/Temperatura 34-35 ciśnienie 90/60 do 105/75 i męczące majaki na pograniczu jawy i snu. Od czasu do czasu walka z grawitacją i niemocą by dojść do toalety, czy kuchni i wykonać minimum minimum.
Dobrze, że włosy suche, więc nie muszę myć ich codziennie, jak przed ciążą. Suche i prawie nie rosną, więc golenie także rzadko. Jedynie pazury przyrastają w zawrotnym tempie, raz w tygodniu (przed SR) pozbywam się szpona, a najjaśniejszym z dobrych fluidów niemal wulgarnie dodaję koloru umarłej cerze.
Poza tym, jak klątwa istnienia bez życia -bóle krzyża, kręgosłupa, wszystkich kości, a stawy strzykając wystukują kościotrupie staccato.
Bezżycie bezsilność babyboomowa rozwala najtwardszą jednostkę, zabija żądzę życia i nawet medykamentem nie można się wspomóc, bo aspargin przeciwwskazany podczas zakażeń dróg moczowych i spadku ciśnienia krwi.
Sączę więc krwistoczerwony sok z żurawin licząc na rychłą poprawę.
Antybiotykom stanowcze NIE, dowiedziałam się u pewnego magika, że przede wszystkim należy zwalczyć przyczynę zakażeń, a ona czai się w leniwym jelicie. Bez codziennej grubszej batalii w toalecie można zapomnieć o czystych drogach...moczowych. A antybiotyk przyniósłby tylko chwilową ulgę, by potem wyjałowione drogi moczowe, opanowały chordy jelitowych gronkowców i coli...brrrr
Zatem czysty i krwisty żur żurawinowy. Polecam współcierpiącym.
Poza tym łączę się w bólu ze wszystkimi cierpiącymi finansowe niedole. Choć u nas wyprawka oparta na allegrowej drugiej ręce i ikeowej tanioszce, to dopadła nas bezlitosna suchota portfela... a przecież lista jeszcze nieodfajczona. Bida panie bida piszczy szyderczo. Zagłuszam ją kołysankami Steczkowskiej, Jopek, i Amarantem Enii. I tak, ostatnio we śnie bardziej się odnajduję, niż w realu. Byle do kwietnia....