Witam i ja tą zimową porą...

Kolejna ciężka noc za mną - młoda troszkę po północy przybiegła rozchachana do naszego wyra (od grudnia przychodzi... codziennie... a mężowi na początku było jej "szkoda" odnosić, więc teraz mamy co mamy...) i już myśleliśmy że zarządzi zabawę bo taka wyspana się wydawała, ale na szczęście jakoś się położyła i zasnęła. Tylko że jakoś po drugiej obudziła się z rykiem i musiałam ją najpierw dobudzić żeby przestała płakać, potem spałyśmy wtulone w siebie, ale i tak wiele razy się budziła, wierciła, wstawała... No i o 5.30 pobudka.
Obiecałam sobie że już jej więcej nie pozwolę na 3 godzinne drzemki w ciągu dnia...
No i złapałam doła, że nie ma w domu noworodka jeszcze, a my już tak bardzo zarwane nocki mamy...
Ale przeleżałam jakoś do 6.30 i już mi lepiej ;-)
A co do tych naszych chłopów, to chyba faktycznie im się jakiś stresik przedporodowy udziela ;-)
W sumie to nam jest łatwiej - to my te maluszki nosmy, rośniemy ;-) no i wszyztko nam ucodzi na sucho, bo jesteśmy w ciąży... a oni też swoje przeżywają, ale ichnikt nie oszczędza, nie pyta o samopoczucie, obawy...
Mój tylko czasem powtarza w co my się wpakowaliśmy... ;-)
I największy kryzys mamy już chyba za sobą - jakiś miesiąc temu - i może dotrwamy w zgodzie do porodu, bo gdy już było naprawdę źle to aż miałam myśli że jeśli zacznę rodzić gdy będzie w pracy, to go nawet nie poinformuję i nie będę go chciała przy sobie podczas porodu... Ale wiem że to by było najgorsze co mogłabym mu zrobić i na pewno nie wpłynęłoby dobrze na nasze dalsze życie...
Obyśmy wszystkie jakoś się podogadywały z tymi naszmi chłopami jeszcze przed porodem, by móc wspólnie przeżyć zarówno czekające nas ciężkie chwile, jak i te wielkiej radości :-)