Jazztina, w tej wypowiedzi, którą przytoczyłaś jest nieco prawdy. Dla wielu kultur promiskuityzm płciowy (czyli w skrócie "każdy z każdym" ;-)) był codziennością. Dlatego na przykład dzieci nazywały "ojcem" każdego mężczyznę z klanu. Matka nie była w stanie określić, który facet jest ojcem którego dziecka (no już pomijając fakt, że w wielu kulturach przez długi czas sam akt płciowy nijak nie był kojarzony z późniejszym porodem, w Australii na przykład wierzono, że kobietę zapładnia tęczowy wąż nad wodą). Stąd te rozbudowane rodziny.
I przyznam, że obecnie zaobserwowałam, że w takiej Francji dajmy na to całkiem normalne jest, że kobieta ma powiedzmy czworo dzieci z trzema różnymi mężczyznami. Żyją sobie jako rodzina z jej aktualnym ostatnim mężem. A dzieci są wożone na wizyty do biologicznego tatusia w określony dzień tygodnia. I wyglądają na szczęśliwych.
Natomiast wierność, to już pojęcie chyba bardziej z zakresu etyki. Podejrzewam, że dużo później wprowadzone przez człowieka. Myślę, że wypowiedź tamtego profesora w ogóle nie miała się odnosić do wierności. Tu chodziło o czystą biologię. Kobiety podobno instynktownie potrafiły dobierać samców o najlepszym materiale genetycznym.
I jeszcze na koniec, skojarzyło mi się z tym, co pisały
Nicoya i
Jazztina, a w jakiejś sztuce padły te słowa: kto goni za niedościgłym, traci to, co ma w zasięgu ręki. I chyba warto o tym pamiętać
O matko! ale się nawymądrzałam
