Sam do pracy nie wrócę, bo na razie i tak nie mam po co. Z powodu kryzysu, cofneli nam projekty, daja jakieś zapchaj dziury i nawet nie bardzo jestem potrzebna. Zreszta jest tez obawa, że jak wrócę to kogoś moga zwolnić. Dziś mnie odwiedziła szefowa z koleżanką. Pogadałyśmy, koleżanka nam oznajmiła że jest w 7 tygodniu, a szefowa, że mocno pracują, więc problemów ze zrozumieniem cięzarnej nie mam żadnych.

A czy się nudzę? Raczej nie, zawsze coś znajdę, nadrabiam angielski ( moja nauczycielka ma termn porodu na 20.01

), więc potem sama będę sobie szlifowala, dopóki nie bedziemy mogły się spotykać. Do 15 mam opiekunke do Jasia, a potem cóż lekcje, angielski Jacka, zabawy, kąpiele, kolacje, prasowanie i chwila dla mnie. Wstaje i tak o 7.00 bo Jacka do szkoły trzeba wyprawić.
Pisałyście o nieobecnościach partnerów. Mój mąż przeprowadził się na stałe do nas 12 lutego, a 20 marca urodził sie Janek. Co prawda przyjeżdżał prawie co tydzień, ale sobota i niedziela i powrót. Wtedy tak tego nie odczuwałam, pracowałam do 7 m-ca i dojeżdżalam codziennie w korkach około 1,5 godziny w każdą stronę. Teraz też wyjeżdż, na krócej dwa, trzy dni w tygodniu. O tak jak dziś jestem sama, wroci jutro, w czwartek jedzie i wraca w piątek ( o ile bedzie pracował...:-(). Trzeba się "poukładać" i zaakceptować. Czasem nie ma innego wyjścia.
Ale tak jak pisałyście, nie jest łatwo zaufać, ja już raz w życiu na takich delegacjach się spażyłam...:-( Delegacja nazywała sie Agnieszka i mieszkała całkiem niedaleko. Ale przeciez nie każdy taki jest, trzeba obserwować i zwracać uwage na szczegóły, które w innej sytuacji wcale by nas nie zainteresowały.
Ot to napisalam jak starsza siostra, bo taka chyba tutaj jestem w Waszym gronie. ;-)
Anika, trzymaj się mocno. Fakt kobiety to mniej wyrozumiałe szefowe ( ja mam wyjątek), ale tak jak Ci dziewczyny pisały, dbaj o siebie i o dziecko. Żadna liderka nie jest warta Twojego zdenerwowania.