BeataZ i Kaciuszka mam tak samo z tymi koleżankami, ba nawet z przyjaciółką. Fakt, że wyprowadziłam się jak wyszłam za mąż, ale tylko 100 km dalej. Przyjaciółce nawet szkoda jest na telefon, żeby zapytać jak się czuję. Przez 1,5 roku dzwoniłam do niej tylko ja. Ostatnio mi przeszła ochota wiecznego starania się o tę "przyjaźń". Za to pozwala mi to zobaczyć, kto jest wart starań. Nie zostało zbyt wielu tych znajomych z miasta rodzinnego, ale za to są niezastąpieni. Co do koleżanek z pracy, to dojeżdżałam do pracy dosyć daleko, do innego miasta i może to spowodowało, że zapomnieli. W sumie to jak BeataZ napisała największym i najlepszym przyjacielem także dla mnie jest mój mąż. Może dlatego jakoś nie odczuwam prawie wcale, że mnie ludzie, których bardzo lubiłam, olali. Cóż, takie życie. Ono samo weryfikuje takich pseudoprzyjaciół.