Witajcie.
Dla naszych dzieciaczków - wszystkiego co najlepsze!
Ja dziś nie ogarniam po prostu... Małego co rano muszę brać do siebie do łóżka, to wtedy pośpi i da pospać nam... Wieczorem najlepiej śpi mu się na moim brzuchu, z walką u siebie w łóżeczku zasypia o północy... Nie wiem, ale zachowuje się tak jakby w jego łóżeczku żyły smoki podgryzające pięty... Przecież jak bąbla nauczę takich głupot, to będę miała przekichane... aczkolwiek - jak jestem już padnięta to zrobię naprawdę wszystko, żeby pospać godzinę.
Co do baby bluesa - na pewno miałam w szpitalu... I czasami zdarza mi się popłakać gdzieś w kącie raz na jakiś czas... A teraz dodatkowo moja mama wczoraj wylądowała w szpitalu z fatalnymi wynikami, nie wiedzą co jej jest, M. za kilka godzin wylatuje na 2 tygodnie... a ja zostaję z moim tatą i bratem. I jestem przerażona po prostu... Zostaję prawie sama z tym wszystkim... Nie wiem co zrobię żeby nie oszaleć...
pieszczoszka - gratulacje kochana!
azula - nie wiedziałam, że mieszkasz tak blisko mnie
paulinka - zazdroszczę... mój ma ochotę na zabawy wtedy, kiedy my padamy już na nos, ja w szpitalu też beczałam... mój M przygotowywał się do dyplomu, więc wpadał do nas dosłownie na chwilę... przyjeżdżali moi rodzice - wtedy się jeszcze trzymałam, ale jak jechali do domu... w niedzielę, dzień przed wyjściem miałam straszny kryzys. Małego naświetlałam cały dzień lampą ze względu na żółtaczkę (pilnowała go moja mama, M miał w tym czasie swój dyplom) - był u mnie cały czas na sali, co chwila ściągał z oczu okularki... a kiedy przyszła pielęgniarka z tekstem, że w nocy również zostawiają go mnie i mam go naświetlać dopóki wytrzymam (ja już zasypiałam na siedząco) - najlepiej tak do 2, 3 - im dłużej tym lepiej da Małego, to już pękłam... Ja praktycznie nie mogłam siedzieć, bo szwy bolały nieziemsko, a jego pilnować do rana najlepiej, a potem zajmować się nim cały dzień... Wtedy też porozmawiałam z b. sympatyczną panią neonatolog, która powiedziała, że na noc mam go odwieźć pielęgniarkom do naświetlania, bo jak na mnie patzy to widzi, że ledwie się trzymam na nogach... To był totalny koszmar, całą niedzielę płakałam mamie w rękaw... Później okazało się, że żadna apteka nie ma mleka w płynie, które mi sie kończyło... oczywiście na noc musiałam małemu dać moje, pomimo, że np. dzieciaki przebywające w inkubatorach były karmione szpitalnym - niezła sprawiedliwość. I to mnie przerosło... 0 23 mój M wracając z Krakowa kupił mleko w proszku, które oczywiście się nie nadawało, więc z łaski na uciechę pani stwierdziła, że mi POŻYCZY to mleko, a ja mam je odkupić... Jak mąż przyjechał płakałam dla odmiany w jego rękaw, on nie wiedział jak wyjść i mnie zostawić w takim stanie... Dzisiaj żąłuję, mogłam poprosić o jakąś tabletkę na uspokojenie, ale wtedy o tym nie pomyślałam... pobyt w szpitalu wspominam jako najgorszy koszmar, gdzie nikt nic nie pomógł (ja nawet nie wiedziałam, jak przewinąć Krzysia, pomogła mi dziewczyna leżąca ze mną na sali...), ale skrytykować potrafiły (bo Mały przesikał bokiem pampka). Podobno zamykają tę porodówkę i przenoszą do miasta obok, bo jest nieopłacalna ze względu na małą ilość porodów... Położne były cudowne, ale pielęgniarki od noworodków - tragednia, miałam wrażenie, że pracują tam za karę co niektóre.
Wyżaliłam się i chyba mi trochę lżej... wywaliłam to z siebie, a kisiło się naprawdę długo... :-(