Ufff...opowiem Wam jaki miałam dzisiaj dzień w skrócie!
Początek dnia o 04:10 rano, udało mi się jeszcze Małego utulić i kimnął na mnie jeszcze do 5:40 ale co chwila budząc się i strasznie machając łapkami.
Później była euforia, Michaś nauczył się obracać z pleców na brzuch!!! Po 30 min, (o czym już pisałam wcześniej) przewracania gada na plecy po to, żeby mógł się po paru sekundach obyrtnąć z powrotem na brzuch zaczęłam mieć dość. Moje dziecko jakoś nie potrafi się na brzuchu bawić więc jak już wykona obrót, to woli być znowu na plecach, ale w drugą stronę się jeszcze nie obraca. Więc mata edukacyjna na której potrafił sobie leżeć ze 40 min i się bawić póki co się nie nadaje, bo tylko mam więcej roboty.
No ale ok, nakarmiłam i o 11:30 poszłam na spacer pogoda piękna więc obmyśliłam plan spaceru i ruszyłam, po przejściu 6 km i ciągłego nasłuchiwania, że coś jest nie tak z wózkiem zorientowałam się, że w tylnym kole powietrze sobie gdzieś poszło i jadę praktycznie na flaku. Do domu daleko, a i męża który ma pompkę w samochodzie brak, bo to w końcu środek dnia. Więc szybka analiza gdzie tu najbliżej da się napompować koło, bo pod górkę z flakiem ciężko się wózek wpycha, więc wymyśliłam najbliższy punkt wulkanizacyjny i poszłam się ładnie uśmiechać, żeby ktoś poratował. Ok, powietrze w kołach wróciło po 2h spaceru i 12 km wróciłam padnięta do domu, a że gad jeszcze się nie wybudził to szybko się rzuciłam na zdejmowanie i wieszanie prania, wtem słyszę syrenę alarmową na tarasie. No to czas na zrobienie czegokolwiek się skończył!!Rozebrałam z kombinezonu i sobie myślę, no to słoiczek, więc ręcznik na huśtawkę, gada na ręcznik, śliniak pod szyję i na gada kolejny ręcznik - no to jemy!!! A tu syrena alarmowa, myślę sobie musiał zgłodnieć parę łyżek dostanie i zaraz przestanie, jedna łyżka, druga łyżka, a syrena coraz to głośniejsza, więc zdjęłam ręcznik, zdjęłam gada z ręcznika, posadziłam na kolanach i o dziwo syrena zamilkła, i słoiczek został pochłonięty. (Mam nadzieję, że to już nie będzie normą, bo karmienie na kolanach jest dość nie wygodne).
W ten oto sposób zrobiła się 15:00 myślę sobie - jest dobrze koło 17:30 zaśnie na chwilę i może do 20 dotrzyma (staram się go nauczyć chodzić spać trochę później niż o 19:00 z nadzieją, że rano dłużej pośpi). Minęła17:00 gad marudzi, więc dostał bobo fruta marchewka z jabłkiem 50/50 z wodą, wciągnął 90 ml i dalej marudzi, smoczka ciągnie jakby był głodny - Myślę sobie trochę wcześnie, ale spróbuje mu zrobić to przy butli pewnie zaśnie. Butla w buzi, oczy zamknięte - jest dobrze 140 ml weszło, jeszcze tylko beknie i idę kończyć robienie obiadu. Gad na ramieniu pięknie beknął, tylko że trochę za pięknie, bo się rozbudził...ech no to nici ze spania. Oddałam gada mężowi, poszłam robić obiad po 2 min krzyk żebym przyszła, bo gadowi się ulało, gad mokry, mąż mokry więc wzięłam i poszłam przebrać. Oddałam i poszłam robić obiad po 5 min znowu krzyk, to samo gad mokry, mąż mokry i oczywiście wszystko w kolorze pomarańczowym. W ten sposób zrobiła się 18:00 ja dalej głodna, ale to nie ważne. Bo kolejny krzyk męża związany był z tym że gad zrobił kupę, ale chwilę wcześniej mąż go przewinął i niestety krzywo założył pieluszkę więc kupa wypłynęła ubrudziła body, półśpiochy, prześcieradło na przewijaku i męża

Więc poszłam kolejny raz zapierać i używać odplamiacza, po kolejnym ulaniu zapadła decyzja, że trzeba Gada wykąpać i w ten sposób bo 2h walce z ulewaniem i kupami o 19:30 dziecko spało, czyste, pachnące i najedzone. A ja dalej głodna i z myślą, że jutro znowu zaczniemy dzień w najlepszym wypadku o 5 rano.
Wyciągnęłam jeden bardzo ważny wniosek, aby dziecku z refluksem nie dawać mleczka zaraz po soczku i druga spraw, żeby nie snuć planów, w jakich godzinach dziecko będzie spało bo i tak zrobi jak będzie miał ochotę.
No to się rozpisałam, ale jest 20:00 a ja padam na nos. Bo przecież nie śpię od 4:10, a dzień był dłuuuugi i męczący. Chyba to był ten skok rozwojowy, bo jeszcze tak nie miałam.