oo, to widzę, że u Ciebie w ogóle była expresowa akcja porodowa.. ja jeśli chodzi o czas to też nie narzekam, ale ogólnie to niespecjalnie jestem zadowolona. Jak dotarłam w końcu do szpitala w związku z przenoszonym terminem, to się okazało, że mam rozwarcie na palec - półtora i jedziemy od razu na porodówkę, a nie na patologię. Z początku się ucieszyłam, ale potem zaczęły się schody. położyli mnie na wyrku, poprzypinali jakąś aparaturę i nie pozwalali wstać, a mi się potwornie nudziło. potem przestało mi się nudzić, bo jakaś babka zaczęła rodzić obok i świetnie ją słyszałam - żadna rewelacja - przeraziłam się nie na żarty jak słyszałam co się z nią dzieje... jako że nie miałam żadnych skurczy, dostawałam kroplówki i czopki na wywołanie jakiejkolwiek akcji i nic nie działało, potem jakaś pani doktor bez pytania mnie o zdanie przekłuła pęcherz płodowy i spuśiła mi wody, wtedy to już w ogóle nie mogłam wstać. i po dwóch godzinach te wszystkie sposoby na skurcze zaczęły działać wszystkie razem i następne dwie godziny miałam skurcz za skurczem. myślałam,ze nie wytrzymam, a darłam się ponoć tak, że moja siostra czekająca na zewnątrz myślała, ze kilka babek rodzi, a nie tylko ja... w końcu po północy pozwolili mi przeć i KOnradek się zjawił w parę minut, ale mąż mi mówił, że jak urodziłam główkę, to przestałam przeć i zaczęła się panika, bo ja nie reagowałam, a kawałek dzidzi był już na zewnątrz... ja tego nie pamiętam zupełnie.. chyba po prostu straciłam na chwilę świadomość, tak było fajnie

potem dostałam dzidzię na brzuch i nawet nie wiedziałam co mi robią, dopóki nie zaczęli szyć. okazało się, że dość poważnie popękałam..

ale jak mi mieli szwy zdejmować, to się zdziwili. został mi jeden i do tego rozwiązany, resztę zgubiłam ;D teraz to w sumie najbardziej pamiętam, że mówiłam mężowi, że jużnie wytrzymam i że strasznie boli, ale jak to bolało, to nie pamiętam.. i dobrze. A Konradek jest bossski ;D ;D ;D