Wspólny poród był dla nas z mężem oczywisty za pierwszym razem i teraz też tak jest. To ja miałam więcej wątpliwości, głównie co on sobie będzie o mnie potem myślał, że przestanę być dla niego atrakcyjna itp, ale przyszły tatuś spisał się świetnie. Postawiłam warunek, że jeśli nie będzie czuł się w stanie być przy końcówce to po prostu wyjdzie.
Nie wyobrażam sobie, że miałabym przez te wszystkie godziny sama być na sali. A tak to i plecki wymasował i do wc poprowadził i przytulił, a nawet o 1 w nocy uciął sobie drzemkę na moim worku sako

co ze śmiechem do dziś wspominam i jego tekst "byłaś taka cicha, że nawet po tobie widać nie było, że coś boli". Hahaha, a ja po ścianach chodziłam i nawet się odezwać nie dawałam rady.
A przy samym parciu był sobie obok mojej głowy, potrzymał za rączkę, przypominał o oddychaniu i nie zamykaniu oczu, w ogóle mi między nogi za przeproszeniem nie zaglądał. No nie wyobrażam sobie, że mogłoby go tam nie być.
Ale uważam, że to powinna być decyzja każdej pary, jeśli ktoś się na siłach nie czuje niech nie idzie bo po co później uczucie zawodu czy żalu?
Gdyby mój mąż nie chciał wzięłabym ze sobą przyjaciółkę, siostrę czy mamę i to właśnie na ten długi czas rozwierania się szyjki macicy.