Hej Dziewczyny. Jeszcze raz bardzo dziękuję Wam za wsparcie! nie myślałam, że wylanie wszystkiego z siebie może dać odrobinę ulgi.
Wczoraj w nocy było ciężko...
Ona napisała do mnie, pierwszy raz nie obrażając mnie i atakując. Rozmawiałyśmy bardzo długo. Okazało się, że ona nie jest niczemu winna i wcale mu tyłka nie zawraca... traktuje go jak kolege każdego jednego, którego jej było żal, bo tak od pół roku mnie przedstawiał.... jak potwora. W jej oczach byłam dziewczyną, która grozi mu, że jak odejdzie to stanie się coś złego... że go bardzo ograniczam, że ubzdurałam sobie, że ona chce dla nas źle itd. itd. Mnie mówił jedno ( zazwyczaj to co chciałam usłyszeć , a że było mi łatwiej myśleć, że to ona się nie umie z nim pożegnać to tak też to przedstawiał) a jej mówił tak, żeby myślała, że jestem kompletną wariatką. Już nawet nie miałam siły płakać wczoraj i choć ta rozmowa była bardzo bolesna to jednak dobrze to wszystko wiedzieć.... Zawsze bałam się takich konfrontacji. Wiecie, najgorsze, że czuję się jak szczeniara a mam prawie 30 lat.... mam wrażenie, że biorę udział w jakiejś farsie na poziomie 15 latków.
Michał wczoraj płakał i pytał co chcę zrobić... powiedziałam mu wszystko co czuję, co myślę... i czego chcę.
Nie wiem jak to dalej będzie. Płakał i mówił, że bardzo mu zależy i kocha , ale że w tych kłamstwach zabrnął tak daleko, że nie bardzo umiał powiedzieć stop.
Nie wiem co z nami będzie - chciałabym już nie dla siebie a dla dziecka, żeby tato był obok... tym bardziej, że wiem, że będzie dobrym ojcem. A codzienność z nim daje mi dużo szczęścia - codzienność oderwana od tego.
Jeszcze pół roku temu szukałabym winy tylko w sobie... ale dziś wiem, że nie jestem niczemu winna. Zawsze priorytetem dla mnie było, żeby był szczęśliwy. A może to był błąd...
Myślicie, że są szanse choćby najmniejsze, że się zmieni?