witajcie mamusie,
jestem tu znana jedynie z podczytywania ale mimo to, czuję sie w obowiązku napisać co u mnie, bo wydarzyło się wiele. Szkoda tylko, że nie są to radosne wieści..Ponieważ ciężko mi niemiłosiernie, uszanujcie to co napiszę, bo nie wiem czy forum jest dobrym miejscem do tego typu rozmów..
25 grudnia urodziłam synka z ciężką infekcją całego organizmu.Jest w inkubatorku, pod respiratorem do dnia dzisiejszego i każdy kolejny dzień Jego życia jest dla mnie i męża darem od losu.Ja po cesarce również zlapałam jakąś cholerną bakterię i jestem na antybiotykach. Pokarm, mimo usilnych starań, chyba zaczyna zanikać..
Takie oto święta los nam zgotował. Cała ciąża bez żadnych powikłań, nawet głupiego kataru nie miałam a zakończenie trudne do opisania. Ja cały czas czuję się tak, jakby to był sen, z którego wreszcie się obudzę. I tylko lekarze sprowadzają mnie co jakiś czas na ziemię.
Nie wiem co przyniesie jutro, dlatego wspólnie z mężem spędzamy u naszej perełki jak najwięcej czasu, choć nawet dotykać za długo nam Go nie pozwalają.
Nie wiem ile człowiek jest w stanie znieść, ale my chyba przekroczyliśmy jakąś granicę....