Wiecie co, ja tak z innej beczki.
Myslałam, że jak ktoś nie pracuje kilka miesięcy, dostaje szansę na pracę (co prawda na zastępstwo, ale na pełen etat z ewentualna możliwościa przedłużenia później w zależności od zapotrzebowania i od tego czy się sprawdzi) to zrobi wszystko, żeby pokazać się z jak najlepszej strony.
Okazuje się jednak, że się myliłam.
Przyszła do nas dziewczyna, która miałaby mnie zastępować. Na razie ma umowę zlecenie. Przez miesiąc miała się uczyć, a ja mam ocenic, czy uczy się wystarczająco szybko, i czy się nadaje do tej pracy. Dziewczyna jest po technikum i studiach kierunkowych, tylko bez doświadczenia. Do pracy przychodzi 2 razy w tygodniu, gdy jest wolne stanowisko. Pierwszego dnia zadałam jej dwa fragmenty ustaw do przeczytania. Jest to niezbędne minimum, a nawet mniej w tej pracy. No ale od czegoś trzeba zacząć, a za dużo na raz, to też nie dobrze, bo nie da rady zapamiętać. Dzisiaj - ostatni dzień umowy - pytam ją jakie koszty sa kosztami nie podatkowymi (PODSTAWA w księgowości), a ona zaczyna coś kręcic i kombinować. Pytam więc, czy przeczytała, to o co ją prosiłam, a ona na to, że nie, bo nie miała czasu, bo własnie szuka mieszkania. KURNA ja pracuję pięć, a nie dwa dni w tygodniu i tez szukam mieszkania!!!!! Ręce mi opadły, bo przeczytanie zajęłoby ze zrozumieniem ze dwie, trzy godziny. Tak, żeby się nauczyć. Przez miesiąc nie znalazła na to czasu???? I jak tu znaleźć dobrego pracownika. Bo dla mnie taki totalny zlew i brak zaangażowania to zdecydowanie eliminują kandydata.
No to mi ulżyło.