Oj dziewczyno, nie zazdroszczę, po przeprowadzce do męża (i jego rodziców) długo nie mogłam znaleźć pracy, teściowie pracowali i często odsypiali w dzień nocne zmiany, żeby dziecko nie przeszkadzało jak najczęściej zabierałam je na spacery. My co prawda mieliśmy osobną kuchnię i dwa pokoje na piętrze ale wspólne wejście, łazienka dzielona z bratem męża (później jeszcze z żoną brata). Znam te bolączki i z perspektywy wiem, że przeprowadzka była dla nas najlepszym wyjściem mimo trudności i gorszych warunków mieszkaniowych. Każda z rodzin miała swoje potrzeby i prawa: teściowie chcieli spokoju i odpoczynku po pracy, ciszy wieczorem, bo przecież rano trzeba wstać. Młodzi chcieli zapraszać gości, chwalić się tym, jak urządzili swoje pokoje, pobawić się, posłuchać głośno muzyki, w dzień odespać nocne zmiany. My z małym dzieckiem potrzebowaliśmy spokoju i ciszy wieczorami za to córka za dnia kiedy się bawiła czy była głodna czy się uderzyła płakała i budziła odsypiających. Problemy rosły, kłótnie też. Nic dziwnego, kiedy trzy rodziny na różnych etapach życia mieszkały razem. U nas sytuacja była o tyle łatwiejsza, że my w dom nie inwestowaliśmy, teściowie nie pozwolili współfinansować niczego, wszystko robili po swojemu, więc nie wpakowaliśmy pieniędzy w coś, co było wspólne. Łatwiej było zdecydować o przeprowadzce, kiedy ja znalazłam pracę a dziecko poszło do przedszkola. Później wyprowadził się też brat męża z żoną i teraz wszyscy mają spokój, każda rodzina żyje po swojemu. Kiedy spotykamy się razem rozmawiamy normalnie, nikt do nikogo nie ma pretensji, stosunki rodzinne są dobre. Teraz rozumiem decyzję teściów, żeby nie współinwestować w dom. Kiedy inwestujesz masz prawo do współdecydowania. Oni wybudowali dom i chcieli być całkowicie samodzielni i niezależni. Jestem wdzięczna, że nas przygarnęli zaraz po ślubie i od samego początku nie musieliśmy płacić rat kredytu czy wynajmu, bo przy małym dziecku to duży wydatek, ale cieszę się, że pępowina została w odpowiednim czasie odcięta. U Was sytuacja wydaje się trudniejsza, bo dom jest wspólny, obie rodziny inwestowały i obie mają prawo do współdecydowania o nim. Czy naprawdę nie da się zrobić drugiego wejścia? Może dobudować schody na zewnątrz budynku? Osobne wejście i liczniki by sporo zmieniły i dały wam poczucie "bycia u siebie" nawet kosztem dodatkowego pokoju na dole. Gdybym była w Twojej sytuacji postawiłabym sprawę jasno. Dodatkowe wejście, podzielona posesja, żebym miała gdzie pranie rozwiesić czy postawić huśtawkę dla dziecka nie zastanawiając się, czy przypadkiem nie wejdę komuś na grządkę z kwiatkami albo nie zajmę miejsca na grilla. No i odpadłby "problem" z gośćmi. "Skoro zapraszacie do siebie to się nimi zajmujcie, ja mam swoje wejście i mogę zapraszać swoich gości". Co do własnej działalności, też o tym kiedyś myślałam, ale jak podliczyłam ile by mnie wyniosły ZUS-y i podatki to zrezygnowałam. Życzę powodzenia
