aga_k_m
maj '09 - Jagódkowa mama
Moje Maleństwo też śpi - zresztą ma automatyczną Nianię w postaci 3-letniej Martynki (chrześnica narzeczonego mojej siostry), która jest w nią wpatrzona jak w obrazek i jak tylko się Jaga ruszy to mi głośno Martynka o tym komunikuje 
mój poród był dla mnie dość mocnym zaskoczeniem, a w sumie to jego początki.. 22.05. o 4:30 obudziło mnie parcie na siku, więc wstałam i poszłam do wc.. Załatwiłam swoją potrzebę ale jak wstałam i zrobiłam krok do przodu "popuściłam" troszkę
.. Zaskoczyło mnie to niezle.. Przebrałam bieliznę, usiadłam raz jeszcze na kibelek, wycisłam resztki siku z siebie, wstałam, umyłam ręce i .. ledwo ruszyłam za drzwi w stronę pokoju - znowu popuściłam
, ale bylo to takie kontrolowane przeze mnie, więc... nawet nie podejrzewałam, że mogły by być to wody płodowe. Założyłam podpaskę i poszłam spać. Obudziłam się ponownie ok. 9:00 - poszłam do wc i jakież było moje szczęśliwe zaskoczenie, gdy ujrzałam na podpasce fragment czopu!!! Nareszcie "COŚ" ruszyło!!! No to jak już ruszyło, to ... wypadałoby zadbać o siebie!!! Pofarbowałam sobie włosy;-)
(a co!!! trzeba jakoś wyglądać
;-)), wykąpałam się, podgoliłam... Przez całe przedpoludnie i popołudnie nie miałam dodatkowych objawów poza tym odrywającym się czopem, ktory miał taką rzadką konsystencję.. Przed 15:00 zaczęłam robić naleśniki, gdy nagle poczułam jakieś bóle.. Ale było to do wytrzymania - zresztą kolejny pojawił się dopiero po 30 minutach. ok. 16:00 położyłam się do łóżka - postanowiłam się zdrzemnąć.. jednak po 20 minutach znowu poczułam kolejne bóle, po 15 minutach znowu... Stwierdziłam, że chyba się zaczęło! Pogoniłam męża do obiadu, następnie pod prysznic. Przed 19:00 byłam już w szpitalu. Badanie gin. wykazało już 4 cm rozwarcie, a skurcze pojawiały się co 8-6 minut.. Jednak jak powiedziałam o tym moim nocnym "popuszczaniu" - położna i lekarka zaczęły podejrzewać, że możliwe iż to wody płodowe zaczęły się sączyć. Męża odprawiono mi na godzinę do domku, a ja w tym czasie miałam zająć się dokumentacją no i zostałam podłączona do KTG. Następnie otrzymałam lewatywkę. W między czasie pojawił się mój M. Prysznic.. No i kolejne KTG, podczas , którego podłączono mi okscytocynę (a było to o 21:50). I zaczął się HORROR!!! Masakra - ból nie do zniesienia!!! Podczas skurczy dosłownie wariowałam z bólu - i lepiej dla innych było aby mnie nie dotykać, nie dmuchać w moim kierunku, w ogole cicho-sza!!! O północy "skakałam" jeszcze na piłce.. Po jakimś czasie miałam kolejne badanie gin - i okazało się, że jest już pełne rozwarcie, wiec.. ZACZELIŚMY!!! Mąż mnie cisnął od tyłu, lekarka naciskała na brzusio - i tym sposobem, trzy "skłony" w dół, ok. 7-9 parć i o 00:30 Jagódka była już z NAMI
(w książeczce zdrowia dziecka mam zapisane - II etap porodu - 10 minut)!!! 3650 g, 56 cm i 9 pkt. (była dwukrotnie owinięta pępowiną, przez co calutka była sina) w skali Abgar.
Kolejną traumą, po okscytocynie było szycie krocza - zostałam delikatnie nacięta, no i zostałam obdarzona 3 szwami:-(
Jesteśmy przeszczęśliwi i z porodu, i z personelu szpitala, a przede wszystkim z Naszej Cudownej CÓRECZKI:-):-):-)
Gdyby nie M - nie wiem jakbym to wszystko przeżyła i jakby się całość potoczyła
Kocham Go za to jeszcze mocniej (a myślałam, że jest to raczej nie możliwe..).

mój poród był dla mnie dość mocnym zaskoczeniem, a w sumie to jego początki.. 22.05. o 4:30 obudziło mnie parcie na siku, więc wstałam i poszłam do wc.. Załatwiłam swoją potrzebę ale jak wstałam i zrobiłam krok do przodu "popuściłam" troszkę
.. Zaskoczyło mnie to niezle.. Przebrałam bieliznę, usiadłam raz jeszcze na kibelek, wycisłam resztki siku z siebie, wstałam, umyłam ręce i .. ledwo ruszyłam za drzwi w stronę pokoju - znowu popuściłam
, ale bylo to takie kontrolowane przeze mnie, więc... nawet nie podejrzewałam, że mogły by być to wody płodowe. Założyłam podpaskę i poszłam spać. Obudziłam się ponownie ok. 9:00 - poszłam do wc i jakież było moje szczęśliwe zaskoczenie, gdy ujrzałam na podpasce fragment czopu!!! Nareszcie "COŚ" ruszyło!!! No to jak już ruszyło, to ... wypadałoby zadbać o siebie!!! Pofarbowałam sobie włosy;-)
(a co!!! trzeba jakoś wyglądać
;-)), wykąpałam się, podgoliłam... Przez całe przedpoludnie i popołudnie nie miałam dodatkowych objawów poza tym odrywającym się czopem, ktory miał taką rzadką konsystencję.. Przed 15:00 zaczęłam robić naleśniki, gdy nagle poczułam jakieś bóle.. Ale było to do wytrzymania - zresztą kolejny pojawił się dopiero po 30 minutach. ok. 16:00 położyłam się do łóżka - postanowiłam się zdrzemnąć.. jednak po 20 minutach znowu poczułam kolejne bóle, po 15 minutach znowu... Stwierdziłam, że chyba się zaczęło! Pogoniłam męża do obiadu, następnie pod prysznic. Przed 19:00 byłam już w szpitalu. Badanie gin. wykazało już 4 cm rozwarcie, a skurcze pojawiały się co 8-6 minut.. Jednak jak powiedziałam o tym moim nocnym "popuszczaniu" - położna i lekarka zaczęły podejrzewać, że możliwe iż to wody płodowe zaczęły się sączyć. Męża odprawiono mi na godzinę do domku, a ja w tym czasie miałam zająć się dokumentacją no i zostałam podłączona do KTG. Następnie otrzymałam lewatywkę. W między czasie pojawił się mój M. Prysznic.. No i kolejne KTG, podczas , którego podłączono mi okscytocynę (a było to o 21:50). I zaczął się HORROR!!! Masakra - ból nie do zniesienia!!! Podczas skurczy dosłownie wariowałam z bólu - i lepiej dla innych było aby mnie nie dotykać, nie dmuchać w moim kierunku, w ogole cicho-sza!!! O północy "skakałam" jeszcze na piłce.. Po jakimś czasie miałam kolejne badanie gin - i okazało się, że jest już pełne rozwarcie, wiec.. ZACZELIŚMY!!! Mąż mnie cisnął od tyłu, lekarka naciskała na brzusio - i tym sposobem, trzy "skłony" w dół, ok. 7-9 parć i o 00:30 Jagódka była już z NAMI
(w książeczce zdrowia dziecka mam zapisane - II etap porodu - 10 minut)!!! 3650 g, 56 cm i 9 pkt. (była dwukrotnie owinięta pępowiną, przez co calutka była sina) w skali Abgar.Kolejną traumą, po okscytocynie było szycie krocza - zostałam delikatnie nacięta, no i zostałam obdarzona 3 szwami:-(
Jesteśmy przeszczęśliwi i z porodu, i z personelu szpitala, a przede wszystkim z Naszej Cudownej CÓRECZKI:-):-):-)
Gdyby nie M - nie wiem jakbym to wszystko przeżyła i jakby się całość potoczyła
Kocham Go za to jeszcze mocniej (a myślałam, że jest to raczej nie możliwe..).
normalni ludzie o tej porze jeszcze śpią. Do godziny 8 nie działo sie nic...tylko siostry od czasu do czasu przychodziły i zwiększały dawkę. no i się zaczęło...od razu z grubej rury dostałam skurczy co 8 minut ale były najpierw zbyt krótkie...potem wypadł mi cewnik i zrobiono mi badanie...podczas skurczow było to nie do wytrzymania. Doktor ze zdziwieniem orzekł ,ze mam rozwarcie na 4 palce i że mam sie przygotować bo dzis urodzę. Zawiadomiłam mojego M i po chwili od telefonu miałam już skurcze co 3 minuty i dłuuugie oraz bolesne jak jasna cholera. Siostry najpierw kazały mi na porodówkę iść
,ze co? 15 minut temu miałąm jeszce 4 palce,a gdzie stopniowośc , a gdzie kryzys 7 palca??? Wkurzyłam się bo bardzo chciałam wejśc do jakiejkolwiek wody a tu dupa, na domiar złego usadzili mnie na fotelu w pozycji ( a jakże) leżacej co spotkało się z moim głośnym protestem. Położna powiedziała ze mam sie położyc na bok by głowka zeszła niżej a potem zmienię pozycję. Po paru skurczach na salę wbiegł mój M, o matko ale ulga , myślałam ze nie zdąży. Po jego przyjściu zaczeło się piekło...połozna każe leżec na boku z nogami złączonymi a ja w życiu!!! Noga jedna do góry bo inaczej dupę za przeproszeniem by mi rozerwało. Nie minęlo 5 minut a ta mi wsadza palce do środka i po chwili wytrysnęła ze mnie
no i po przebiciu pęcherza usłyszałam że zaczął się drugi etap. Dostałam skurczy partych, ale kazali mi wstrzymać ...matko ale jak?? jak to samo sie pcha. Starałam się jak mogłam ale zbyt dużo nie dałam rady i raz albo dwa parłam dośc mocno. W końcu dostałam pozwolenie i widze ze ta już niesie narzedzia by mnie pociąć więc krzyczę ,ze nie chce być nacięta a ta do mnie ,ze inaczej nie dam rady urodzić . Zaczęlam przec ale przez tę głupia pozycje na fotelu nie mogłam przepchnąć powietrza w dól brzucha i jednoczesnie nie mogłam przec a ta małpa powiedziała ,że " tak to się bawić nie będziemy bo ja jej nie słucham" i wyszła z sali
bardzo mi to pomogło, wręcz czułam ,ze Damianek przesunał się w dól więc pozwoliłam się na nowo posadzić na ten cholerny fotel i parłam dalej...po kilku
za każdym razem nie podczas skurczu i bardziej mnie przez to bolało
Po weekendzie uznano, że skoro mój termin minał 3 dni temu, to czas rodzić. Lewatywa (ten styl w jakim mi ją wykonano...), golenie krocza (przedmiotowe traktowanie? mało powiedziane...), szybkie wbicie oksytocyny i jazda. BOŻE! Tego powinno się zabronić! Ja nie rozrózniłam żadnych faz porodu bo od początku do końca NAPIE... jednostajnie tak mocno, że myślałam że umrę. Odesłałam męża do domu bo nie umiałam chodzić (piłka? wanna? NIC! ja mogłam tylko leżeć i wyć z bólu na kolejnych mega skurczach). Skurcze mna targały, a rozwarcie szło jak po grudzie. Najgorsze było to co pisała Confi>> - po oksytocynie czułam skurcze parte non stop a położne zabraniały mi przeć. JAK? One się drą z oskarżeniami czy chcę własne dziecko uszkodzić, a ja walczyłam z "pochłanianiem" parcia. Kurna, koszmar. Potem cięcie bez pytania, szycie prawie że na żywca (podobno miałam znieczulenie, ale "pani to jakaś dziwna jest, tu gdzie znieczuliłam to pani czuje, a tu gdzie nie jest znieczulone to pani nie reaguje na kłucia").
), no ale takie zwyczaje irlandzkie. Chodziłam po korytarzu razem z mężem, skurcze po godzinie co 2 minuty. I prosiłam męża żeby szedł do tej położnej i prosił żeby wzięła mnie na jakąś sale gdzie będę sama a przynajmniej z rodzącymi kobietami a nie chodziła między odwiedzającymi i zwijała się z bólu. Wreszcie zabrali mnie na osobną salę, w czasie skurczu podawali gaz, ale on nic nie dawał (chyba tylko był po to by kobieta więcej wdychała tlenu z tym gazem). Oczywiście powiedziałam położnej, że podczas ciąży bolało mnie spojenie i boje się żeby mi się nie rozeszło (że wolę cc niż później przez parę miesięcy być unieruchomioną , nastraszył mnie polski gin). Ona tylko powiedziała, że bolało mnie przez to, że dziecko duże wrr