Witajcie poniedziałkowo.
Dziś wieje strasznie a na domiar złego zakopałam się pod swoją pracą na placu.
Niestety jeszcze kostki tam nie położono, bo coś będzie robione i wiadomo .... klęłam jak szewc.



Dosłownie gotowałam się w sobie i na szczęście mama jednego z uczniów wyciągnęła mnie swoim terenowym samochodem.
Ja brodząc powyżej kostek w błocie zaczepiałam linę

i spociłam się przy tym jak mysz pod miotłą .... wrrrrrr

Wyjeżdżając zagotował się silnik, przypaliłam ciut sprzęgło .... żesz jego mać .... dzień piekielny.
Wracając do domu przy prędkości 70-80 km/h poczułam drgania i ledwo mogłam utrzymać kierownicę.
Zeźliłam się bardzo ... więc pojechałam do mechanika - bo już myślałam, że to wahacze albo sworzeń poszedł w samochodzie.
A mechanik spokojnie do mnie abym podjechała do wulkanizatora i wyczyściła felgi, bo dostało się tam błoto i to powoduje takie drgania.
30 zeta zapłaciłam i jest wszystko cacy .... Bogu dzięki.
Przeziębienia ciąg dalszy .... z nosa cieknie a raz zapchany na maxa.
Węzły chłonne wywalone i gardło strasznie boli.
Na domiar złego jeszcze dziś poinformowano mnie o tym, że mogę mieć trudności z wyjazdem na zawody - bo uczennice niektóre biorą udział w konkursie matematycznym Kangur.
No i dupa blada - sorry za wyrażenie .... teraz muszę kombinować co i jak aby jednak pojechać z grupą i wystawić najlepszy skład.
Ech .... aż się boję tego tygodnia - bo jaki poniedziałek taki cały tydzień.
W gusła raczej nie wierzę, ale ..... no właśnie .... ech.


Mam nadzieję, że u Was tydzień rozpoczęty w miarę dobrze.
Boziu niech mnie ktoś dziś przytuli i pogłaszcze :-

-

-(